Według propozycji resortu finansów sprzedawcy, których miesięczny obrót przekracza 1,5 mln zł, będą płacić nowy podatek od obrotu. W dni powszednie ma on wynosić 0,7 lub 1,3 proc. (w zależności od obrotów firmy). Ale od sprzedaży weekendowej stawka podatku ma rosnąć do 1,9 proc. I tu jest problem. Wiele zamówień w sklepach internatowych składanych jest w weekend – ale w przeciwieństwie do tradycyjnego handlu cała procedura wysyłki towaru zaczyna się w poniedziałek. Z reguły sklepy zastrzegają, że nawet w przypadku zapłaty realizacja zmówienia następuje w najbliższym dniu roboczym.

– Stawka weekendowa w praktyce zapewne nie obejmie e-handlu. Bo on w zasadzie wtedy nie działa – mówi Marcin Zawadzki, ekspert podatkowy z firmy doradczej Crido Taxand. Zwraca uwagę, że w dni wolne od pracy praktycznie nie wychodzą przelewy bankowe, firmy kurierskie też raczej nie dostarczają towaru, nie działa poczta. – Wyższa stawka podatku faktycznie obejmie tylko sklepy stacjonarne. Ona może objąć e-handel, pod warunkiem że będą jakieś dodatkowe narzędzia, które pozwolą inaczej zdefiniować transakcję – dodaje.

Tomasz Wagner, menedżer w dziale doradztwa podatkowego EY, też zwraca uwagę na potencjalne pułapki opodatkowania e-handlu. Jego zdaniem ustawodawca musiałby rozstrzygnąć, kiedy tak naprawdę dochodzi do transakcji. – Dziś obowiązek podatkowy powstaje w momencie dostawy towaru. Nie sądzę, by był jakiś szczególny wyjątek dla nowego podatku. Teoretycznie e-sklep musiałby zarejestrować obrót dopiero po dacie dostawy, zwłaszcza przy dostawie za pobraniem. Aczkolwiek najczęściej sprzedawcy dołączają paragon do towaru, więc pewnie jest on drukowany w momencie przygotowywania do wysyłki – mówi.

Ekspert dodaje, że jest kilka kluczowych momentów w e-sprzedaży: złożenie zamówienia, jego realizacja przez e-sklep i doręczenie towaru. – Patrząc z perspektywy przepisów VAT, decydować powinna data dostawy. Z drugiej strony dla rozliczeń podatkowych istotny jest paragon. Tak czy owak w przypadku e-handlu można sterować momentem wystawienia paragonu i wysłania towaru – mówi Wagner.

Sami handlowcy krytykują pomysł MF. Podkreślają, że sklepy internetowe to biznes niskomarżowy i nawet zastosowanie powszednich stawek 0,7 lub 1,3 proc. może być problemem. – Marże oscylują między 0,5 a 2 proc., konkurencja jest ostra. Cena komputera, który np. kosztuje ok. 3 tys. zł, u poszczególnych sprzedawców różni się o 30 zł – mówi Grzegorz Wójcik z zarządu Izby Elektronicznej. Co oznacza, że wprowadzenie takich stawek podatków dla wielu sklepów byłoby trudne finansowo. To może wymusić podniesienie cen, by zwiększyć marżę i wyjść na swoje, ale z tym jest problem, bo – w przeciwieństwie do sklepów tradycyjnych, te internetowe są także pod presją zagraniczną. Chodzi nie tylko o sklepy typu Amazon, lecz także serwisy z Chin oferujące towary po atrakcyjnych cenach. Podwyżka cen w Polsce może oznaczać, że handel adresowany do rodzimych klientów zacznie się rozwijać u naszych sąsiadów. – Przy tym brzmieniu przepisu stracą duże polskie podmioty, które są w stanie budować biznes na poziomie regionalnym. To firmy takie jak Komputronik, Euro RTV AGD czy X-KOM. Szkoda, aby oddały rynek konkurentom z zagranicy – podkreśla Wójcik.

E-sklepy mogą zacząć unikać płacenia podatku na dwa sposoby. Najprostszy to rejestracja za granicą w sąsiadujących z Polską krajach. – Unijne prawo gwarantuje swobodę sprzedaży, a podatki płaci się tam, gdzie zarejestrowany jest przedsiębiorca – mówi Wójcik. Firmy mogą próbować nawet realizować transakcje z terenu Polski, kupując i wysyłając towar z naszych hurtowni. W takiej sytuacji uprzywilejowane będą przedsiębiorstwa mające zagranicznych właścicieli.

Minister finansów Paweł Szałamacha podtrzymał wczoraj propozycje MF, podkreślając, że nowy podatek nie uderzy w najmniejsze sklepy dzięki kwocie wolnej. Ale inni przedstawiciele rządu zapowiadają korekty. – Projekt opodatkowania sklepów internetowych trzeba będzie poprawić – mówił w RMF FM szef Komitetu Stałego Rady Ministrów Henryk Kowalczyk.