To nie duże i zasobne w kapitał banki były najbardziej skuteczne w potyczkach z rządem, ale krajowi kupcy, tak podobno sponiewierani przez zagraniczną konkurencję.
Politycy PiS nie spodziewali się, że aż tak bardzo narażą się handlowcom, i to tym, którym obiecywali wsparcie. Gdy kilka tygodni temu w sklepach kilku sieci franczyzowych ruszyła akcja protestacyjna, a w mediach pojawiły się ogłoszenia zarzucające rządowi działanie na szkodę polskiego handlu, sytuacja stała się co najmniej niekomfortowa. Przecież podatek od handlu detalicznego był jednym ze sztandarowych haseł Prawa i Sprawiedliwości, z którym partia szła do zwycięskich wyborów. Co poszło nie tak?
Reklama
Politycy PiS nie kryją zaskoczenia. Mówią, że nastawiali się raczej na zwarcie z bankami, w które podatek sektorowy uderzy bardziej niż w handlowców. Od bankowców fiskus ma pobierać rocznie ok. 5 mld zł, od kupców – ok. 3 mld. – Tymczasem banki przyjęły podatek z pokorą – nie kryje zaskoczenia minister rządu Beaty Szydło. – Reprezentujemy branżę, która odpowiada za miliardy oszczędności obywateli i miliardy kredytów naszych klientów. Nie będziemy robić zadymy, destabilizować państwa i gospodarki – mówi prezes Związku Banków Polskich Krzysztof Pietraszkiewicz.

Reklama
Złość małych
O ile bankowcy „zadymy nie robili”, o tyle kupcy głośno wyrażali swoje zdanie o drugim z wprowadzanych podatków sektorowych. Ton protestom przeciwko podatkowi handlowemu nadawały przede wszystkim największe sieci franczyzowe.
– Został naruszony wspólny interes. Pierwszy raz kupcy zareagowali w taki sposób. Zawsze to było środowisko niezorganizowane, a teraz mówili jednym głosem. To dobrze, że polskie kupiectwo zaczęło tak działać. Choć przyznam, że skala protestu zdziwiła wszystkich. Nawet mnie. Kogoś, kto długo siedzi w tym temacie – mówi poseł Adam Abramowicz z PiS, szef parlamentarnego zespołu na rzecz wspierania przedsiębiorczości i patriotyzmu ekonomicznego.
Abramowicz próbuje wytłumaczyć, skąd się ten protest wziął: Ministerstwo Finansów chciało uszczelnić system – i słusznie. Gdyby nie wpisało do ustawy opodatkowania obrotów pod jednym znakiem franczyzy, to wtedy duże podmioty dzieliłyby się na mniejsze spółki i w ten sposób unikałyby podatku. Takie działania zresztą zapowiadały. – Pomysł był dobry, lecz wykonanie nie najlepsze – przyznaje poseł. Bo nie uwzględniało specyfiki polskiego handlu. Podatek objął sieci działające pod jednym znakiem, ale niepowiązane kapitałowo.
– Gdyby od początku był zapis, który myśmy proponowali, by opodatkowane były tylko te sieci, gdzie między franczyzobiorcami a franczyzodawcami są powiązania kapitałowe, to nie byłoby problemu. Gdyby tak było od początku, nie mielibyśmy protestów – mówi. Jego zdaniem protestowali ci, których obroty miały być sumowane do opodatkowania. I chyba słusznie, bo gdyby to tak zostawić, to sklep, który ma obroty w wysokości 100 tys. zł miesięcznie, lecz jest w dużej sieci franczyzowej ogólnopolskiej organizacji, mógłby płacić stawkę podatku jak hipermarket, a jego lokalny konkurent, który w żadnej sieci nie jest, a miałby miesięczne obroty poniżej 1,5 mln zł, nie płaciłby podatku w ogóle. – To byłoby niesprawiedliwe i dla wielu małych firm handlowych zabójcze – mówi poseł Abramowicz.
Zawiedzione nadzieje
Organizacje handlowców, choć mają różne interesy, raczej są zgodne w ocenie przyczyn kupieckich protestów. Waldemar Nowakowski, prezes Polskiej Izby Handlu zrzeszającej sklepy z polskim kapitałem, mówi, że kupcy byli bardzo rozczarowani projektem ustawy opracowanym przez Ministerstwo Finansów.
– Stała się rzecz niebywała, bo przedstawiono nam nie ten projekt, o którym rozmawialiśmy. Pierwotny projekt był hipermarketowy, nawet tytuł miał inny, nie było w nim mowy o franczyzie. I gdy dostaliśmy nowy projekt, i to tuż przed rozmowami w Sejmie, to się w nas zagotowało – mówi Nowakowski. Podkreśla, że to nie jego izba była organizatorem protestu. – On był zorganizowany oddolnie, przez kupców. Ale trzeba przyznać, że wzmocnił naszą pozycję negocjacyjną – mówi prezes Nowakowski.
Andrzej Faliński, dyrektor generalny Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji, zrzeszającej duże zagraniczne sieci, zgadza się z tą oceną: protest był słuszny. O pracy resortu finansów też nie ma najlepszego zdania. – Kupcy oczekiwali, że zostaną uprzywilejowani, a mieli położyć głowę pod fiskalny topór. To właśnie pokazuje merytoryczną słabość procesu konsultacji – mówi Faliński. Bo tu, według niego, jest pies pogrzebany: kupców rozsierdziło bardziej to, że poczuli się oszukani, niż sam projekt ustawy. – Spodziewali się, że rząd w ich imieniu złoży nas, te zagraniczne sieci, w ofierze. A okazało się, że goniąc za jak największą szczelnością i uniemożliwieniem ucieczki od tego podatku, tak poustawiano różne definicje, że to właśnie segment franczyzowy dostałby pierwszy po uszach. I to wszystkim nagle otworzyło oczy, że jednak jest coś takiego jak wspólny interes sektora dystrybucji – mówi Faliński.
Jednak wielcy nie protestowali. Andrzej Faliński mówi, że skupili się raczej na akcji informacyjnej. – Przygotowywaliśmy ekspertyzy, komentowaliśmy sprawę w mediach, graliśmy do końca fair. Nam oszczędzono spotkań bezpośrednich z politykami. Prezes POHiD miała bodajże dwa takie spotkania z politykami. I byliśmy na kilku spotkaniach w dużych grupach. I tyle – mówi Faliński.
Tutejszość i brukselskość
Przedstawiciel zagranicznych sieci nazywa organizatorów handlowych protestów prężnymi, dużymi organizacjami detalicznymi i hurtowymi. – Tylko na co dzień mniej je widać. To są duże struktury o ogromnych możliwościach finansowych. Mają mocny atut lokalności, ich kontakt z politykami wszystkich opcji jest ułatwiony. Są krajowi, funkcjonują w zasadzie wszędzie, docierają do wszystkich okręgów wyborczych i mają swojski wizerunek. To jest ich ogromna przewaga. My mamy inne przewagi: finansową, organizacyjną, kulturową. Ale to oni są u siebie. Firmy POHiD, choć są integralną częścią rynku, cały czas są traktowane jako goście, a przy złej woli jak najeźdźcy – mówi Faliński.
Rzeczywiście swojskość mogła być atutem, bo łatwiej swoje racje przedstawić komuś, kto zna problemy mniejszych sieci od podszewki. Poseł Adam Abramowicz, który wraz z całym zespołem jest zaangażowany w sprawę podatku handlowego, to były udziałowiec sieci Nasze Sklepy działającej we wschodniej Polsce. Poseł kilka lat temu był jej prezesem, miał w niej udziały, które sprzedał za 625 tys. zł (co wynika z jego oświadczenia majątkowego z kwietnia 2011 r.). Z kolei Waldemar Nowakowski kilka lat temu był posłem Samoobrony – partii, która przez pewien czas współrządziła w koalicji z PiS. – Odrzucam sugestie, że w sprawie pomogło nam to, że kilka lat temu byłem posłem. Moje doświadczenie parlamentarne pomogło mi w tym, że wzmocniło moją czujność, wiedziałem, że to może pójść szybką ścieżką i że trzeba od początku brać udział w pracach. I dlatego mocno pracowaliśmy nad tym, by dostać się do ministra finansów – opowiada prezes Nowakowski.
Sugestie, że to znajomości pomogły polskim kupcom, odrzuca też poseł Abramowicz. Czy łatwiej było im przekonać polityka tak dobrze znającego warunki prowadzenia ich biznesu do swoich racji i czy w ogóle powinien angażować się on w sprawę? Odpowiada: na tej samej zasadzie w komisji zdrowia nie powinno być żadnych lekarzy, zwłaszcza tych, którzy mieli własne prywatne praktyki. – Podobnie w komisji sprawiedliwości nie powinno być prawników, a w komisji rolnictwa – rolników. Zresztą w naszym zespole większość posłów to byli albo obecni przedsiębiorcy. Chyba dobrze, że przy danej ustawie pracuje ktoś, kto się na tym zna. Gdyby od początku wzięto nasze zdanie pod uwagę, to może nie byłoby tych protestów – mówi. I zaprzecza, że w całym procesie konsultacji sieci zagraniczne z POHiD były pomijane („w konsultacjach były wysłuchane wszystkie podmioty, także hipermarkety, wzięliśmy pod uwagę ich postulaty”).
Z drugiej strony jeśli krajowe sieci mają przewagę swojskości, to mocną stroną zagranicznych jest ich „zagraniczność”, a konkretnie „brukselskość”. POHiD należy do EuroCommerce –organizacji zrzeszającej federacje największych sieci handlowych z 31 europejskich krajów. Szefowa POHiD Renata Juszkiewicz jest wiceprezydentem tej organizacji. Już w styczniu w swoim przeglądzie barier na jednolitym rynku europejskim EuroCommerce zwrócił uwagę na propozycję wprowadzenia w Polsce podatku od handlu. Wtedy była to jeszcze stara wersja projektu, gdzie podatek miał zależeć od powierzchni sklepu. W dokumencie zapisano, że „polski rząd powinien zapewnić, że wszelkie prawo jest uzasadnione, proporcjonalne i niedyskryminujące. Będzie to sprzyjać konkurencji z korzyścią dla konsumentów” oraz że „Komisja Europejska powinna przeanalizować zgodność podatku z prawem UE”. Faktycznie, KE zadziałała błyskawicznie. Projekt jeszcze nie przeszedł konsultacji rządowych, a Komisja już zanegowała jego główne punkty, np. progresję stawek.
Andrzej Faliński zaprzecza, by POHiD bezpośrednio lobbowała w Brukseli w sprawie podatku. – W Brukseli spotkaliśmy się tylko z ekspertem, który m.in. reprezentował Komisję w sprawie podatku węgierskiego. I odbyliśmy z nim 20-minutową rozmowę na temat formalnych i ekonomicznych warunków rezygnacji Węgier z poszczególnych pomysłów podatkowych. Poza tym w jakiej formie mieliśmy tam wystąpić, jako kto? Nawet gdybyśmy chcieli, to Komisja nie ma żadnych podstaw, bo jeszcze nic się nie stało. To, że KE zareagowała tak szybko, to nie jest nasza robota – mówi Faliński.
Przyznaje jednak, że organizacja na bieżąco informowała o sprawie EuroCommerce, który „puścił to gdzieś dalej”. – Nie będziemy się wypierać tego, że przedstawialiśmy nasze stanowisko gdzie się da, ale nie było projektu pod tytułem „lobbing w Brukseli” – mówi.
To jeszcze nie koniec
Choć rządowe prace nad projektem powoli się kończą, to do zamknięcia sprawy jeszcze daleko. Teraz trafi do Sejmu, który może go jeszcze zmienić.
Poseł Abramowicz przypomina, jakie założenie leżało u podstaw tego projektu: podatek miał pomagać małym i średnim firmom. Nawet liniowy podatek, ale z wysoką kwotą wolną, wypełniałby to założenie. Zdaniem posła ten podatek nadal może wyrównywać szanse w handlu, jeżeli byłaby taka konstrukcja, że obrót do 50 mln euro rocznie byłby zwolniony. Wówczas de facto byłoby to obciążenie dla wielkich sieci.
– Z korzyścią dla konsumentów: 5 tys. sklepów rocznie ubywa. To mogłoby zahamować ten proces, a ludzie chcą przecież na co dzień robić zakupy blisko domów. No i dla producentów, którzy muszą mieć alternatywę: wystarczy zapytać, jak rozmawiają z nimi duże sieci. I nie tylko zagraniczne. To jest cecha każdej dużej sieci, która próbuje wykorzystać swoją dominującą pozycję – mówi Abramowicz. I dodaje, że przydałaby się odbudowa lokalnych małych hurtowni, których prawie już nie ma, ponieważ zostały zmiecione przez kilku rynkowych gigantów. – W naszym zespole dyskutowaliśmy, czy podatek od hurtu z kwotą wolną nie doprowadziłby do odrodzenia się bardziej zróżnicowanego rynku hurtowego. Ja jestem za takim rozwiązaniem – deklaruje.
Waldemar Nowakowski mówi, że czuje satysfakcję z zablokowania przez kupców pierwszej wersji projektu podatku, jaki wyszedł z Ministerstwa Finansów. Ale raczej nie ma złudzeń: szans na to, na co liczył handel z polskim kapitałem, już nie ma. – Filozofia wyrównywania szans, która była na początku, już nie wróci. Takiego podatku nie będzie. Teraz chodzi już tylko o to, żeby straty dla zintegrowanych krajowych sieci były jak najmniejsze. Ale dotknie on wszystkich, może poza najmniejszymi niezrzeszonymi sklepami – mówi prezes Nowakowski.
Andrzej Faliński jest natomiast pełen najgorszych przeczuć. POHiD nadal chce pokazywać, że uderzanie w handel to destabilizacja całego rynku. – Kiedy nasze sklepy zaczną się bronić, może to spowodować podniesienie cen niektórych towarów, tych, które są najmniej elastyczne cenowo. Z drugiej strony może nastąpić wyrzucanie z półek tych, którzy mają produkty z niskimi marżami, o wysokich kosztach. Zrobi się bałagan, jedna grupa towarów zacznie drożeć, inna zacznie tanieć i to wszystko rozwali łańcuchy dostaw. Bo duże sieci przerzucą koszty na dostawców – mówi.
Według niego sprawa podatku handlowego pokazała, że środowisko kupieckie w Polsce jest poróżnione bardziej kulturowo niż biznesowo. Bo duże firmy bez względu na rodowód kapitału grają mniej więcej tak samo. – Podatek pokazał jeszcze jedno: że nie ma instytucji ani nawet standardu reprezentowania interesów sektorowych. I to prowadzi do patologicznego zjawiska traktowania wpływów politycznych jako przewagi konkurencyjnej – konkluduje Faliński.