Dla nas nie ma różnicy, kto – albo płaci podatek, ma kasę fiskalną i stosuje się do swoich obowiązków, albo nie, a wtedy wkraczamy my. Jeśli będzie taka potrzeba, to nawet w środku nocy możemy ściągnąć tłumacza języka wietnamskiego, chińskiego czy tureckiego - mówi w wywiadzie dla DGP Piotr Dziedzic, dyrektor departamentu zwalczania przestępczości ekonomicznej w Ministerstwie Finansów.

Dlaczego dopiero pod 2017 r. fiskus rozpoczął zmasowane kontrole w Wólce Kosowskiej czy Rzgowie? Przecież już od wczesnych lat 90. ubiegłego wieku nie było tajemnicą, jak działają takie miejsca?

Bardzo trudno jest odpowiedzieć na to pytanie jednym zdaniem. W mojej ocenie czynników było kilka. Być może w dobie powszechnej liberalizacji handlu i szeroko stosowanych uproszczeń brakowało woli politycznej. Przez lata wybierano rozwiązania doraźne, zamiast pomyśleć o ucywilizowaniu takich miejsc i wdrożeniu planu naprawczego, mającego na celu zapewnienie wszystkim przedsiębiorcom takich samych warunków prowadzenia działalności. Być może działo się tak dlatego, że skuteczność służb państwowych jest rozliczana ze statystyk, a tę podnosiły doraźne kontrole. Podmioty, które zarządzały targowiskami liczyły się z dodatkowym kosztem, ale wiedziały, że po zakończeniu kontroli opartych na „akcyjności” będą mogły kontynuować proceder. My wolimy podjąć rozwiązania systemowe i ostatecznie ucywilizować takie miejsca, jak Wólka Kosowska, Rzgów, Tuszyn, Jaworzno czy Głuchów. Dużą uwagę przywiązujemy też do współpracy między różnymi instytucjami, inspekcjami i władzami samorządowymi. Zwłaszcza bez wsparcia tych ostatnich nie dalibyśmy rady.