Chodzi o wprowadzenie powszechnego odwrotnego obciążenia, w którym podatek płaci nabywca, a nie sprzedający. Nowy pomysł dotyczyłby tylko obrotu między firmami (konsumenci nie rozliczaliby się z VAT).

Eksperci są jednak sceptyczni. Ich zdaniem dokument w tej wersji nie ma szans na akceptację przez wszystkie kraje UE.

Gra toczy się o miliardy euro, które dzięki VAT zasilają unijny (także polski) budżet, a po zmianie niekoniecznie do niego trafią (bo nie wiadomo, czy nabywcy faktycznie będą go wpłacać).

Jednocześnie dzisiejszy system zachęca do licznych wyłudzeń. Stąd silna presja na zmiany. Najbardziej za powszechnym odwrotnym obciążeniem lobbowały Austria i Czechy. Praga posunęła się wręcz do szantażu – swoje poparcie dla zmian w podatku dochodowym od firm uzależniając od zgody na nową konstrukcję VAT.

Projekt może jednak nie spełniać oczekiwań, bo wprowadza wyśrubowane warunki. Polska spełnia jeden – dotyczący wysokości luki w VAT (jest ona dużo wyższa od unijnej średniej). Ale nie ma odpowiedniego poziomu przestępstw karuzelowych (musiałyby one być przyczyną 25-proc. luki w VAT).

Zgoda Brukseli na odwrotne obciążenie w naszym kraju jest więc mało prawdopodobna. Co więcej, nasz rząd, w odróżnieniu od czeskiego i austriackiego, nie zastanawiał się do tej pory nad upowszechnieniem takiego modelu. – Jest zbyt wcześnie, aby przesądzać, czy zdecydujemy się na niego teraz – powiedział DGP Henryk Kowalczyk, szef Stałego Komitetu Rady Ministrów.

Niewykluczone jednak, że do takiej decyzji bylibyśmy zmuszeni, gdyby nasi sąsiedzi zdecydowali się na powszechne odwrotne obciążenie i dostali zgodę UE. Wtedy bowiem mogłoby się okazać, że przestępcy przeniosą się do Polski.

Możliwe jest też inne rozwiązanie – że powiadomimy Brukselę o wzroście wyłudzeń VAT albo do takich wniosków dojdzie sama KE. Efekt będzie ten sam – Komisja uchyli wszystkie zgody na ten eksperyment.

Komisja Europejska twardo bowiem podkreśla, że powszechne odwrotne obciążenie będzie eksperymentem, a nie docelowym rozwiązaniem. Ma być tylko do połowy 2022 r. Co więcej, obejmie jedynie transakcje o wartości powyżej 10 tys. euro.

– To kolejny dowód na niechęć Brukseli do tego projektu – uważa Tomasz Michalik, doradca podatkowy i partner w MDDP. Przypomina, że Czesi i Austriacy chcieli, aby obowiązywał on przynajmniej przez 10 lat.

Zdaniem Romana Namysłowskiego, partnera w Crido Taxand, już sam ten pomysł jest przejawem desperacji. Przyznaje jednak, że gdyby wszedł on w życie, byłby to koniec VAT w kształcie, jaki dziś znamy.

Komisja Europejska zaproponowała, aby VAT w poszczególnych krajach unijnych mógł rozliczać nabywca, a nie sprzedawca. Postawiła jednak tak surowe warunki, że – zdaniem ekspertów – może nie być na nie zgody

Eksperci pytani przez DGP są przekonani, że czeka nas polityczna batalia między Brukselą a niektórymi krajami członkowskimi. Na przyjęcie tego rozwiązania potrzebna jest bowiem zgoda wszystkich państw członkowskich. A z tym może być problem.

Zdaniem Tomasza Michalika, doradcy podatkowego i partnera w MDDP, projekt z całą pewnością nie spełni oczekiwań krajów, które pierwsze wnioskowały o to rozwiązanie (Czech i Austrii).

Roman Namysłowski, partner w Crido Taxand, ocenia dokument jako działanie desperackie, które pokazuje, że zawodzą inne rozwiązania w walce z wyłudzeniami. Gdyby wszedł w życie, byłby to koniec VAT w kształcie, jaki dziś znamy – uważa ekspert.

Skąd pomysł

Prawo do stosowania powszechnego odwrotnego obciążenia Komisja Europejska zaproponowała w projekcie nowelizacji dyrektywy VAT z 21 grudnia 2016 r. To wykonanie obietnicy z połowy 2016 r. złożonej Czechom i Austrii w zmian za poparcie unijnych zmian w CIT. Bruksela początkowo była bardzo niechętna takiej rewolucji w VAT, jednak w końcu się ugięła i obiecała, że do końca roku przedstawi odpowiedni projekt.

Ten, który został właśnie ujawniony, może jednak rozczarować oba te kraje. Okazało się bowiem, że przynajmniej jeden z nich (Austria) nie spełni kryteriów pozwalających na wprowadzenie powszechnego odwrotnego obciążenia.

Powszechne odwrotne obciążenie oznaczałoby, że nie dotyczyłoby – jak dziś – wybranych sektorów usług (np. budowlanych) lub towarów (np. telefonów komórkowych). Objęłoby wszystkie usługi i produkty.

Obecnie VAT rozlicza sprzedawca towaru lub usługi, odliczając zarazem podatek wynikający z otrzymanych faktur (podatek naliczony). Dzięki temu budżet otrzymuje VAT (należny) tylko od wartości dodanej (stąd nazwa samego podatku).

W modelu odwrotnego obciążenia podatek rozlicza dopiero nabywca, na ostatnim etapie obrotu pomiędzy firmami (nie konsument, bo ten ponosi skutki opodatkowania w cenie).

Jakie kryteria

Warunki będą trzy:

1) poziom luki w VAT (różnica między podatkiem, który powinien trafić do budżetu, a faktycznie zebranym) musi być w danym państwie wyższy o 5 pkt proc. od mediany takiej luki w całej UE; to oznacza, że wnioskujący kraj będzie musiał dołączyć najnowszą kalkulację swojej luki, opartą na metodologii używanej przez Komisję Europejską (ostatnio w badaniu za 2014 r.);

2) przestępstwa karuzelowe w danym kraju muszą odpowiadać za co najmniej 25 proc. luki w VAT;

3) obowiązujące do tej pory w danym kraju rozwiązania zawiodły w walce z przestępstwami karuzelowymi.

W dużym uproszczeniu karuzela podatkowa polega na dostawach między kolejnymi firmami z innych krajów unijnych, przy wykorzystaniu stawki 0 proc. VAT z tytułu wewnątrzwspólnotowej dostawy towarów. Natomiast podmioty zobowiązane do zadeklarowania i wpłaty podatku VAT (nabywcy) nie wpłacają go – często po prostu znikają.

Niezależnie od tego odwrotne obciążenie obejmie tylko transakcje o wartości powyżej 10 tys. euro.

Zdaniem Tomasza Michalika wszystkie te warunki wskazują na niechęć KE do wprowadzenia odwrotnego obciążenia, nawet w formie rozwiązania testowego.

Skorzysta też sąsiad

Kraj wnioskujący o powszechne odwrotne obciążenie będzie musiał poinformować Brukselę, na jak długo planuje je wprowadzić.

Zgoda Komisji będzie bardziej prawdopodobna, jeżeli powszechne odwrotne obciążenie zostanie już wprowadzone w sąsiednim kraju, a ten, który o nie dopiero wnioskuje, uzasadni, że przestępcy już się do niego przenoszą. Ryzyko wzrostu wyłudzeń oraz nieskuteczność dotychczasowych rozwiązań mogą być kartą przetargową w staraniach o zgodę Brukseli.

Kraj, który ją otrzyma, będzie musiał jednak nałożyć na swoich podatników „efektywne i proporcjonalne obowiązki raportujące”. Ma to zapewnić sprawne działanie nowego mechanizmu i pomoc w wykrywaniu oszustw.

Na razie eksperyment

Zgoda Brukseli będzie tymczasowa. KE przyznaje bowiem w uzasadnieniu do projektu dyrektywy, że wprowadzenie powszechnego odwrotnego obciążenia to prawdziwa rewolucja w systemie VAT.

Wprawdzie utrudni ono wyłudzanie zwrotów podatku (dziś to częsta praktyka), ale też opóźni moment, w którym danina trafi do budżetu (dopiero od nabywcy).

Z tego powodu KE zakłada, że powszechne odwrotne obciążenie nie będzie obowiązywało dłużej niż do 30 czerwca 2022 r.

– To kolejny dowód na niechęć do tego projektu – uważa Tomasz Michalik. Przypomina, że Czesi i Austriacy chcieli, aby obowiązywał on przynajmniej 10 lat.

W konsekwencji odwrotne obciążenie pozostanie rodzajem eksperymentu, a KE będzie raczej lansować pomysł likwidacji stawki 0 proc. dla transakcji wewnątrzwspólnotowych (pisaliśmy o tym w DGP 69/2016 „Dostawca zapłaci w kraju, a rodzina kupi taniej ubranka dziecięce”). Wtedy podatek płaciłby dostawca, a nie nabywca, z tym że według stawki obowiązującej w państwie przeznaczenia (podobnie do obowiązującego obecnie systemu MOSS).

Co dalej

Jeśli co najmniej dwa kraje członkowskie (pozostające przy tradycyjnych rozliczeniach) powiadomią Brukselę o tym, że przez powszechne odwrotne obciążenie wzrósł u nich poziom wyłudzeń VAT bądź do takich wniosków dojdzie sama KE, to wszystkie zgody na stosowanie eksperymentu zostaną uchylone.

Dlatego też państwa, które otrzymałyby zgodę KE na wprowadzenie powszechnego odwrotnego obciążenia, musiałyby w ciągu dwóch lat złożyć Brukseli cząstkowy raport podsumowujący jego efekty. Ostateczną wersję takiego raportu składałyby trzy miesiące po wygaśnięciu zgody na zmianę modelu rozliczeń w VAT. Musiałyby informować o zmianach wysokości luki w VAT, poziomie wyłudzeń (głównie przestępstw karuzelowych), obciążeniach administracyjnych dla podatników i kosztach działania fiskusa.

Raportować będą też musiały państwa, które pozostaną przy tradycyjnym modelu. Do 30 września 2019 r. musiałyby złożyć cząstkowe, a trzy lata później ostateczne podsumowanie efektów wprowadzenia odwrotnego obciążenia u sąsiadów.

Czeski flirt z odwrotnym obciążeniem

Nie czekając na projekt nowelizacji dyrektywy, na zmiany w zakresie odwrotnego obciążenia zdecydowały się już Czechy. Jak wyjaśniło DGP biuro prasowe tamtejszego resortu finansów, od 1 stycznia 2017 r. taki mechanizm obejmie tam każdą sprzedaż towarów dokonaną przez czeskiego nierezydenta (np. polską firmę). Wystarczy, aby do transakcji doszło w Czechach, zagraniczny dostawca nie miał tam siedziby ani nie był zarejestrowany w tym kraju dla celów VAT, a nabywcą był czeski podatnik. – Celem jest zredukowanie obciążeń administracyjnych dla zagranicznego biznesu – wyjaśniła Katerina Vaidisowa z tamtejszego ministerstwa finansów.

Po zmianach podatek rozliczy czeski nabywca, a więc dostawca (np. polska firma) nie będzie musiał się rejestrować dla celów podatkowych na terenie Czech.

OPINIA

To raczej punkt wyjścia do dyskusji

Jan Tokarski, dyrektor w dziale doradztwa prawnopodatkowego w PwC

Zaproponowane kryteria są dość wyśrubowane. Jeśli idzie o wymóg dotyczący wysokości luki w VAT, to zgodę mogłyby uzyskać głównie kraje Europy Środkowo-Wschodniej (w tym Polska), państwa nadbałtyckie oraz niektóre kraje Europy Południowej (tj. Bułgaria, Grecja, Włochy, Rumunia). Polska nie spełniłaby jednak drugiego kryterium, tj. poziomu 25 proc. przestępstw karuzelowych składających się na lukę w VAT (wskaźnik dla naszego kraju wynosi około 11 proc.).

O tym, jak restrykcyjnie KE ocenia trzecie kryterium (tj. udowodnienie, że dotychczasowe środki okazały się niewystarczające w walce z wyłudzeniami), miały okazję się przekonać kraje, które już wnioskowały o odwrotne obciążenie (np. Węgry, które chciały w ten sposób opodatkować sprzedaż cukru).

Warto też zauważyć, że spadek luki w VAT (np. w Polsce w 2016 r.) mógłby być argumentem dla KE, przemawiającym przeciwko zgodzie na powszechne odwrotne obciążenie.

Dlatego przewiduję, że kraje, które nalegały na wprowadzenie powszechnego odwrotnego obciążenia, będą teraz lobbowały w Brukseli o poluzowanie kryteriów.

OPINIA

Zbyt wcześnie na wnioski

Henryk Kowalczyk, szef Stałego Komitetu Rady Ministrów

Nie analizowaliśmy w rządzie do tej pory wprowadzenia powszechnego odwrotnego obciążenia. Takie rozwiązanie wykorzystywaliśmy raczej do uderzenia w przestępców działających w konkretnych sektorach gospodarki, na co pozwala obecne brzmienie unijnej dyrektywy VAT. Zmiany, które zaproponowała Bruksela, są tak daleko idące, że na tym etapie zbyt wcześnie jest przesądzać, czy będziemy jako kraj chcieli z nich skorzystać. Z całą pewnością pochylimy się w rządowym gronie nad tą kwestią.

OPINIA

Trzeba zlikwidować inne stawki niż 23 proc. i 8 proc.

Adam Abramowicz, przewodniczący Parlamentarnego Zespołu na rzecz Wspierania Przedsiębiorczości i Patriotyzmu Ekonomicznego

Nie jest tajemnicą, że VAT w obecnym kształcie wymaga zmiany. Jest to jednak podatek zharmonizowany i pewne decyzje musi podjąć Komisja Europejska. Ufam, że wybierze właściwie. My w Polsce nie możemy się jednak oglądać tylko na rozwiązania unijne i musimy pracować nad własnymi poprawkami do systemu. Tym bardziej że rozwiązania uszczelniające, np. jednolity plik kontrolny, to zbyt mało, aby wygrać z przestępcami. Jako zespół chcemy pójść dalej i zaproponować likwidację innych stawek podatku niż 23 proc. i 8 proc. (te byłyby docelowo obniżane). Zbyt duża ilość stawek (np. 0 proc.) ułatwia bowiem działanie przestępcom. Najlepiej, jakby stawka VAT była jedna, ale takie rozwiązanie jest mało prawdopodobne.