Raj podatkowy to jedno z najdziwniejszych pojęć w rozmowach o gospodarce. Raj kojarzy się z czymś pięknym, niepowtarzalnym, boskim. A skoro tak, to zapewne podatki są tam dokładnie takie, jak w biblijnym Edenie. Nie ma ich wcale. Czyż nie jest to miejsce, w którym każdy z nas chciałby się znaleźć?
A jednak jeśli ktoś publicznie mówi o rajach podatkowych, to zazwyczaj nimi straszy. Stosuje się to określenie jako zbiorczą nazwę takich miejsc na świecie, do których – jak przekonują przedstawiciele wrogich im Unii Europejskiej, OECD czy rządu USA – uciekają bogaci z twoimi pieniędzmi. W ten sposób unikają płacenia podatków od dochodu magnaci finansowi, właściciele przedsiębiorstw, ich menadżerowie, a nawet dentyści, aktorzy i muzycy (np. Bono). Wszyscy oni optymalizują się w rajach kosztem budżetu twojego kraju. Twoim kosztem – bo z tych niezapłaconych podatków miałbyś lepszy szpital, twoje dziecko lepszą szkołę, a bezrobotny małżonek wyższy zasiłek.
Raj podatkowy jednych (bogatych) jest z tej perspektywy piekłem podatkowym drugich (biednych). Są nawet ekonomiści przekonujący, że gdyby pieniądze wytransferowane do rajów (szacuje się je w sumie nawet na 32 bln dol.) pozostały w krajach, w których je zarobiono, przestałyby one mieć problemy z zadłużeniem. Na przykład strefa euro z dłużnika netto stałaby się kredytodawcą netto. Szkoda tylko, że cała ta narracja nie trzyma się kupy.