Ma władzę, która może odurzyć, i to niekoniecznie w wyniku unoszących się podczas produkcji oparów alkoholowych. Cokolwiek by mówić, to jego winnica, bo ma do niej niemalże takie same prawa jak właściciel.

Jedyne, czego nie może, to degustować wina. Oczywiście dotyczy to tylko momentu, gdy jest w pracy i wykonuje swoje obowiązki zarządcy państwowego. Poza godzinami urzędowania zakaz ten go nie obowiązuje. Wtedy jest już osobą prywatną, a nie funkcjonariuszem uprawnionym do nadzoru. Celnik stoi na straży interesów państwa. Pilnuje wszystkiego, żeby nie nastąpił niekontrolowany wyciek półproduktu lub produktu finalnego, bo na to budżetu nie stać. Ma to zapewnić między innymi obecność przy winobraniu. Rolniku, masz ułatwienia, ale pod bacznym okiem fiskalnym! To już lepiej mają przedsiębiorcy, którzy produkują mocniejsze trunki. Gorzelnie objęte składem podatkowym mają swojego celnika, ale tylko w budynku, w którym powstaje alkohol. Nikt nie informuje i nie pilnuje na polach zbioru zboża lub ziemniaków. Żniwa lub wykopki z celnikiem – na szczęście nikt na to jeszcze nie wpadł, aby tak uprościć zasady rozliczeń skarbowych.

I to jest paradoks ułatwień podatkowych, które funduje nam ustawodawca. Nie jest to jednostkowy przykład, bo w praktyce takich jest o wiele więcej. Weźmy reguły, które obowiązują przy kontrolach przeprowadzanych przez organy podatkowe. Już sama zapłata i umowa nie wystarczą do tego, aby udowodnić poniesione koszty, np. przy transakcjach związanych z ekspozycją własnego logo w aplikacji mobilnej. Dochodzi to tego, że trzeba robić dokumentację fotograficzną, że w danym okresie objętym umową takie logo pojawiało się na ekranie telefonu komórkowego lub komputera. A to nie ułatwia życia przedsiębiorcom, bo okazuje się, że i tak najważniejszy jest odpowiedni papier.