Można by rzec, że działalność komorników to szczególny rodzaj PPP – partnerstwa publiczno-prywatnego. Prowadzą oni ściśle regulowaną działalność gospodarczą, w ramach której wypełniają ważne zadania publiczne. Spór między nimi i ministrem finansów sprowadza się do dwóch kwestii: czy to działalność podlegająca VAT, a jeśli tak – jak powinna być opodatkowana. Jest to oczywiście spór o pieniądze.
Pierwsze zagadnienie zostało poniekąd rozstrzygnięte. Minister finansów nie pobierał VAT od komorników, ale zmienił zdanie (interpretację ogólną) i mimo sprzeciwu zainteresowanych od października ma zamiar to robić. Jeśli nic się nie zmieni (ustawa, wysokość stawek komorniczych, stanowiska stron), jego decyzja będzie przedmiotem wielu sporów sądowych – aż po wyroki NSA, a nawet Trybunału Konstytucyjnego czy TSUE. Na wiążące rozstrzygnięcia trzeba będzie jednak poczekać. Ponieważ istnieje ryzyko, że do 1 października opłaty należne komornikom nie zostaną ubruttowione, w praktyce kluczowe będzie pytanie, jak sporny podatek ma być pobierany. Czy komornicy mają powiększać określone w przepisach stawki o 23 proc. (np. 100 zł plus 23 zł), czy też powinni inkasować takie stawki, jak dotąd (tylko 100 zł) i przyjąć, że zawierają one w sobie daninę (18,7 zł), której wcześniej nie trzeba było płacić, ale którą teraz należy obliczać i przekazywać państwu. W istocie chodzi o to, kto poniesie ekonomiczny ciężar podatku: komornicy czy dłużnicy. Jeśli ta kwestia nie stanie się jasna przed 1 października, także będzie osnową wielu sporów sądowych. Dłużnik może przecież twierdzić, że komornikowi należy się wynikająca z przepisów opłata i nic więcej. Brak bowiem podstawy do jej powiększania, w szczególności taką podstawą nie jest to, że pobierający określoną przepisami kwotę musi uregulować VAT. Mogliby się z tym zgodzić także niektórzy wierzyciele. Im więcej bowiem kosztuje egzekucja (a nierzadko w grę wchodzą duże sumy), tym mniej zostaje dla nich.
Te argumenty odpadłyby, gdyby po prostu opłaty zostały zmienione – podniesione o wysokość podatku. W ekonomicznym sensie jest to oczywiście rozwiązanie tożsame z wariantem, w którym więcej muszą zapłacić dłużnicy i wierzyciele – ale brzmi lepiej. Tyle że z oczywistych względów nikt do takiej podwyżki się nie kwapi.