Jaki jest Jacek Kapica, wiceminister finansów, który po aferze hazardowej został namaszczony na bohatera walczącego z patologiami
Pracowity, ambitny, sumienny. Myślący oraz pomocny. Ideowiec. Czarujący, przesympatyczny człowiek z niechęcią do wszelkich formalizmów w zachowaniu i garderobie. A może cyniczny pragmatyk, nieznoszący sprzeciwu tyran, osoba, która bez zmrużenia powieki poświęci – jeśli się to opłaca – przyjaciół. Najciekawsze jest to, że tak naprawdę niczego o Jacku Kapicy, wiceministrze finansów, szefie Służby Celnej, który od połowy ubiegłego roku nadzoruje administrację podatkową – nie wiadomo. I trudno się czegokolwiek dowiedzieć.
Jeszcze jego przeszłość, początki kariery są możliwe do odtworzenia. Ale to, co dotyczy teraźniejszości, zasłania ciężka kurtyna, którą trudno uchylić. Równie trudno jest skłonić ludzi, którzy go znają, do choćby najbłahszych zwierzeń. Okazuje się, że nawet ci, którzy na ogół nie mają zahamowań w rozmowach z dziennikarzami, przy różnych okazjach plotkując dużo i z zaangażowaniem, tym razem nabierają wody w usta. Ba, wypierają się nawet tej znajomości. – Boją się, bo Jacek Kapica to wiele mogący, a więc niebezpieczny człowiek. Może zniszczyć karierę, a już ci, którzy mają jakieś interesy na boku, wolą połknąć język, niż powiedzieć o jedno słowo za dużo – tłumaczy mi polityk Platformy Obywatelskiej. Naturalnie na offie. I dodaje, że gdybym chciała porozmawiać o premierze Tusku, nie miałabym jednej dziesiątej tych problemów. Kapica zawsze był człowiekiem tła, cienia i na tym zbudował swoją potęgę. W tym cieniu, pociągając za sznurki, czuje się najlepiej. Poza tym szalenie dba o swoją prywatność.