Nieco więksi podatnicy – ci, którzy uzyskali przychody albo wygenerowali koszty przekraczające równowartość 2 mln euro (w 2016 r.) – muszą przygotować dokumentację podatkową dla transakcji pomiędzy podmiotami powiązanymi, tzw. dokumentację TP. Natomiast „nieszczęśliwcy”, których przychody lub koszty są jeszcze wyższe, bo przekroczyły równowartość 10 mln euro, dodatkowo muszą przygotować analizę porównawczą, a ci, których...
Ale zatrzymajmy się w tym miejscu. Rozkwitają firmy dostarczające dane czy narzędzia do sporządzenia analizy porównawczej, bo przecież „z ich systemów” korzystają organy podatkowe. Podatnik atakowany jest informacjami, iż nie dość, że musi przygotować dokumentację TP, to najlepiej gdyby analizę porównawczą przygotowała wyspecjalizowana firma, która korzysta z wyspecjalizowanego systemu, w którym to systemie są specjalistyczne dane, a z tego wszystkiego będą korzystały w przyszłości organy podatkowe. Efekt jest taki, że nawet firmy, które wykonują zarówno transakcje z podmiotami powiązanymi, jak i niepowiązanymi, czują się w obowiązku kupić dane, a najlepiej gotową analizę porównawczą (dla zwiększenia powagi sytuacji nazywaną z angielska benchmarking).
I wyłącznie po to, by udowodnić fiskusowi, że jednak nie oszukują Skarbu Państwa. Dla biznesowo rozumującego menedżera sporządzanie całej tej tajemnej dokumentacji z zaklętymi analizami porównawczymi jest szczególnie pozbawione sensu, gdy transakcje są realizowane pomiędzy podmiotami powiązanymi, z których każdy ma siedzibę w Polsce i w kraju płaci podatki (nie generując straty, nie korzystając ze zwolnień). Ale przepis to przepis. Mało tego, aby zamknąć usta oponentom, wyznawcy religii TP wskazują na protoplastę polskich unormowań, czyli regulacje prawa międzynarodowego.