A jeszcze niedawno w każdym wysyłanym do skarbówki piśmie, czy to wniosku, czy oświadczeniu, czy wreszcie deklaracji, wpisywaliśmy dwa numery: NIP i PESEL. Rzecz może była i uciążliwa, ale po ponad 15 latach obcowania z takim systemem (ustawa o NIP pochodzi z 1995 r.), każdy jakoś się z tym oswoił. Tym bardziej że i w okresie wprowadzania NIP borykaliśmy się z niejednym kłopotem, a fiskus bywał dużo mniej wyrozumiały niż obecnie. Wystarczy wspomnieć przypadek pewnej nauczycielki, która w latach 90. ubiegłego wieku stała się gwiazdą wszystkich telewizyjnych wiadomości, po tym jak urzędnicy skarbowi ukarali ją wysoką grzywną za pomylenie własnego NIP z numerem płatnika, czyli szkoły, w której była zatrudniona. Takie pomyłki nie zniknęły zresztą całkowicie i zdarzały się nawet w czasie ubiegłorocznych rozliczeń. W tym roku była szansa, że znikną. Problem tylko w tym, że ostatnio ta nadzieja nieco przygasła. Wiele osób ma dziś prawdziwy dylemat, czy w kontaktach ze skarbówką posługiwać się NIP czy PESEL-em. Niby zasada wynikająca z nowych przepisów jest prosta. Ale istnieje od niej tyle wyjątków, że gubić wśród nich się zaczynają nawet twórcy ustawy.

Może zatem nie warto uszczęśliwiać ludzi na siłę uproszczeniami, które w ostatecznym rezultacie więcej komplikują w naszym codziennym życiu, niż upraszczają. Przecież niedawno podobne komplikacje powodowało wprowadzenie w miejsce zaświadczeń oświadczeń. Ta rewolucyjna w mniemaniu rządzących zmiana została z dużą rezerwą przyjęta przez obywateli.

Niestety w tej pogoni za uproszczeniami zaczynamy powoli tracić z oczu podstawowy cel, jaki powinny one przynieść. Powinny przecież służyć ułatwieniu życia obywatelom. Może zatem wystarczy nie zmieniać tego, co już sprawnie działa. A gdy już zmieniać, to z głową. Bez zatrzymywania się w pół kroku. Tymczasem zmiany w NIP, znoszące stosowanie tego numeru, w niektórych przypadkach to taka reforma zatrzymana w pół drogi. Reforma, która niewiele upraszcza, a powoduje sporo niepotrzebnego zamieszania.