Świat, którego, jak się okazuje, wcale tak dobrze nie znamy, jak mogłoby się to wydawać. Oto dwa przykłady. Jeszcze niedawno fiskus zaliczał raki do ryb. To trochę odmienna klasyfikacja niż ta, której uczono nas w szkołach. Teraz okazuje się, że internet nie jest dla tego samego fiskusa środkiem masowego przekazu.

A zatem wszelkie portale informacyjne, internetowe gazety i różnego rodzaju nowe kanały komunikowania się dziennikarzy (i nie tylko) ze społeczeństwem do mediów już się nie zaliczają. Powód jest banalnie prosty. W przepisach, które wymieniają różne media, w których można organizować konkursy promowane nagrodami, od których – pod pewnymi warunkami – nie trzeba płacić podatku, nic o internecie nie ma mowy. Jakoś mnie to nie dziwi.

Przepis był pisany na początku lat 90. Pierwszy kontakt z prawdziwym komputerem, takim z bursztynowym ekranem, bo o kolorowych wówczas jeszcze nikt nie śnił, miałem około 1994 r., w trakcie mozolnego przepisywania pracy magisterskiej. Pierwszy komputer osobisty sprawiłem sobie dwa lata później. Jego procesor nie byłby dziś w stanie obsłużyć nawet mojego telefonu. Trudno zatem się dziwić, że nasi posłowie, pisząc przepis o konkursach, nie wpadli na to, że jednym z ważniejszych mediów przyszłości, a zatem i środków masowego przekazu, stanie się jakiś tam internet. Nie w tym zresztą rzecz. Chodzi raczej o to, że w Polsce pokutuje zwyczaj bezmyślnego stosowania przepisów, nie zgodnie z ich duchem, ale dosłownym brzmieniem. Prowadzi to do oczywistych absurdów. Ale to akurat nikomu nie przeszkadza. Na końcu łańcucha tych absurdów zawsze czai się nigdy nienasycony polski budżet. W interesie jego nieposkromionego apetytu fiskus interpretuje przepisy.

Skoro zatem pojawiła się okazja, by przedsiębiorców okraść z możliwości organizowania korzystnych dla konsumentów konkursów, to należało ją wykorzystać. Wszak pecunia non olet – pieniądze nie śmierdzą.