Przedsiębiorca – właściciel kilku barów mlecznych – zostaje oskarżony o to, że nienależnie pobrał dotacje do posiłków. Spór dotyczy głównie marży – czy mogła być wyższa niż 30 proc., czyli większa niż dopuszcza rozporządzenie ministra finansów.

Problem polega na tym, że przedsiębiorca przyjął sobie wyższą marżę tylko do tych surowców, wobec których w ogóle nie starał się o dotację (chodziło o przyprawy, zasadniczo dotowane, ale przedsiębiorca w tym zakresie zrezygnował z dofinansowania). Ubiegał się o dopłatę tylko do tych surowców, przy których trzymał się ściśle 30-proc. marży.

Fiskus nie dawał za wygraną. Sprawa dwukrotnie trafiała do sądu wojewódzkiego w Warszawie i raz stanęła przed Naczelnym Sądem Administracyjnym. Gdy ostatecznie w maju ub.r. zakończyła się prawomocnym wyrokiem WSA, fiskus brnął dalej, tyle że już przed Sądem Rejonowym w Gdańsku.

Upór urzędu w tej sprawie był niebywały, jeśli zważyć na fakty wytknięte przez gdański sąd. Po pierwsze, z samego rozporządzenia ministra nie wynikało, żeby maksymalna marża 30 proc. miała dotyczyć wszystkich kupionych surowców, a nie tylko tych objętych dotacją. Słowem, nie napisano w nim, że jeżeli przedsiębiorca chce obiad posolić, a do soli stosuje wyższą marżę, to nie dostanie dotacji do marchewki, jaj i śmietany.

Po drugie, same organy podatkowe pozwalały wcześniej na taki sposób naliczania marż, jaki przyjął przedsiębiorca. Potwierdziły to zeznania pracowników urzędu skarbowego, izby skarbowej. Co więcej, wynikało to także z protokołu po jednej z wcześniejszych kontroli u tego przedsiębiorcy, oraz z uprzednich pism dyrektora izby skarbowej i samego Ministerstwa Finansów.

Po trzecie, i chyba w tej sprawie najbardziej zdumiewające, fiskus w ogóle nie brał pod uwagę tego, że gdy przedsiębiorca stosuje wyższą marżę do niedotowanych surowców, to płaci więcej podatku dochodowego i VAT. Bo najzwyczajniej wykazuje większą sprzedaż. Tę oczywistość dostrzegł nawet gdański sąd, który zasadniczo nie zajmował się przecież rozliczeniami podatkowymi.

Najwyraźniej budżetowi bardziej kalkuluje się dopłacać do nierentownych przedsięwzięć niż zbierać podatki z dochodowego biznesu.