Czy w ogóle ustawodawca dał pracodawcom inną możliwość zwrotu ponoszonych wydatków niż w formie zryczałtowanej? Dlaczego pracownicy mają ponosić konsekwencje tego, że dla jazd lokalnych przyjął ryczałt, a w podróżach służbowych (zarówno po kraju, jak i poza nim) nakazał ewidencjonowanie faktycznego przebiegu?

Dlaczego PIT od ryczałtów nie płacą tylko pracownicy Poczty Polskiej, lasów i pomocy społecznej? Czy dlatego, że według fiskusa tylko im prawo do zwrotu kosztów przejazdów gwarantuje ustawa? A kodeks pracy? Czy nie płynie z niego wymóg zapewnienia przez pracodawcę, na własny koszt, organizacji pracy i wyposażenia stanowisk pracy? Czyżby kodeks nie był ustawą?

Czy nie jest jawną dyskryminacją, że listonosz Poczty Polskiej nie płaci PIT od ryczałtu samochodowego, a doręczyciel z firmy konkurencyjnej dla operatora publicznego musi podzielić się z budżetem otrzymanym zwrotem kosztów? A pozostali pracownicy mobilni, jak choćby kursujący po mieście przedstawiciele handlowi?

W  końcu, dlaczego pracownicze koszty uzyskania przychodu są zryczałtowane? Czy nie dlatego, że fiskus uważa 111,25 zł miesięcznie za kwotę w zupełności pokrywającą wydatki na dojazd i powrót z pracy? Czy nie dlatego ci, którzy dojeżdżają z innego miasta, odliczają miesięcznie 139,06 zł? Czy ustawa nie pozwala na podwyższenie kosztów osobom wykonującym zlecenie lub o dzieło, gdy podatnik udowodni, że poniósł je w wyższej wysokości niż 20 proc. lub 50 proc. przychodów?

I czy w ogóle prawo nie jest oparte na normach? A stawki amortyzacyjne, karty podatkowej i ryczałtu od przychodów ewidencjonowanych, normy dla dochodów z działów specjalnych produkcji rolnej? Czyżby fiskus wszystkie je brał z sufitu i zależnie od humoru od jednych podatników żądał 8–5 proc. przychodów, a od innych tylko 2 proc.?

Wszystkie te pytania, choć oczywiste, stały się jeszcze bardziej aktualne w świetle opisywanej przez DGP w minionym tygodniu zmiany interpretacji w sprawie opodatkowania ryczałtów samochodowych. Całe szczęście, że nie wszyscy doradcy zajmują się spółkami komandytowo-akcyjnymi i zamkniętymi funduszami inwestycyjnymi. Że jest jeszcze ktoś, kto stawia pytania w sprawach, które inni uznali za beznadziejne.