● Nowelizacja ustawy budżetowej, nad którą we wtorek pracował rząd, zakłada, że deficyt ma wzrosnąć z 18 do 27 mld zł. Jednocześnie wzrośnie deficyt sektora finansów publicznych. Czy nie tańsze dla finansów państwa byłoby powiększenie samego deficytu?

– Nie. Będziemy mieć teraz ustawę o Krajowym Funduszu Drogowym (KFD), która będzie rozpatrywana przez parlament. Obligacje KFD będziemy sprzedawać razem z obligacjami Skarbu Państwa.

W KFD będą gromadzone potężne środki z opłaty drogowej. Te pieniądze pozwalają nam w sposób bezpieczny emitować obligacje. Te obligacje nie będą w znaczący sposób droższe. Nie może być tak, że budżet państwa ponosi wydatki, pieniądze się kumulują na KFD i są nieużywane.

Z drugiej strony naszej gospodarki nie stać na to, aby wydawać cały strumień pieniędzy – który ma być wydawany przez KFD – jednocześnie przez KFD i przez budżet. Trzeba też podkreślić, że bardzo dużą część środków, które pójdą na ten program drogowy, będziemy uzyskiwali jako zwroty z Unii Europejskiej.

● Czyli system będzie tymczasowy?

– Tak. Będzie tymczasowy, zanim te środki się zwrócą. To będzie pewien zasób długu, który niespecjalnie będzie rósł i pozwoli nam uruchomić wydatki drogowe, które następnie będziemy dostawali jako zwroty z UE.

● Czy takie zwiększenie deficytu wystarczy?

– Wystarczy. To, że zwiększamy deficyt dzisiaj i że możemy zwiększyć go bezpiecznie, pokazuje, do jakiego stopnia nasza polityka była skuteczna we wcześniejszym okresie. Przyczyniły się do tego dwa powody.

● Jakie?

– Jest jasne, że gdyby w okresie, gdy kryzys zaczął szaleć, powiedzielibyśmy, że niezależnie od sytuacji gospodarczej i naszej wiarygodności będziemy zwiększać wydatki budżetowe – tak jak proponowała to główna partia opozycyjna, mówiąc o 7 mld zł, a w rzeczywistości byłoby to kilkanaście miliardów – to jestem pewien, że wtedy znaleźlibyśmy się w bardzo trudnej sytuacji.

W tej sytuacji, aby obliczyć deficyt zgodny z propozycjami Prawa i Sprawiedliwości, trzeba by dodać do tych 11–13 mld zł dodatkowych wydatków proponowanych przez Jarosława Kaczyńskiego także: po pierwsze – oszczędności, które wprowadziliśmy na łączną kwotę 13 mld zł, po drugie – dodatkowe dochody z szeroko pojętych dywidend na kwotę 5,3 mld zł, po trzecie – wzrost deficytu z naszej nowelizacji – 9 mld zł. Wszystko razem oznacza wzrost deficytu o 38–40 mld zł. Poziom deficytu według planu PiS wyniósłby więc – konserwatywnie licząc – 66 mld zł (nie licząc przeniesienia 9,7 mld zł do Krajowego Funduszu Drogowego, czemu PiS się sprzeciwia).

W takiej sytuacji nie tylko nie wyszlibyśmy z koszyka krajów, takich jak Węgry, Rumunia, ale bylibyśmy postrzegani jako nieodpowiedzialni. Dlatego cała argumentacja, która optowała za wcześniejszym zwiększeniem deficytu, które miało przynieść korzyści, spowodowałaby odwrotne efekty. Utracilibyśmy wiarygodność, mielibyśmy znacznie wyższe oprocentowanie długu publicznego i nawet dobre wyniki gospodarki realnej nie wystarczyłyby, żeby nas wyrwać z tego błędu.

● Co nam pomogło w utrzymaniu obecnej pozycji?

– Odporność gospodarki polskiej i sensowna, odpowiedzialna polityka rządu. Odporność naszej gospodarki budowano oczywiście przez ostatnie 20 lat.

● Czy Ministerstwo Finansów przewiduje kolejną nowelizację ustawy budżetowej na 2009 rok?

– Nie planujemy kolejnej nowelizacji. Jeśli nie będzie żadnych dodatkowych szoków zewnętrznych, obecna nowelizacja będzie jedyną w tym roku.

● Przejdźmy do wpływów podatkowych. Z nowelizacji ustawy budżetowej wynika, że mają być one niższe od planowanych o 46,6 mld zł. Z czego wynika ten spadek? Tylko ze spadku konsumpcji?

– Nie, nie tylko. Konsumpcja jest na poziomie mniej więcej ubiegłorocznym, a dochody z VAT i akcyzy są znacząco niższe. Złożyło się na to kilka zmian systemowych.

● Możemy podać jakiś przykład.

– Tak, np. zmiany w zakresie opodatkowania VAT importu. Do tej pory było tak, że importer towarów spoza Unii płacił podatek, a później otrzymywał jego zwrot. Teraz jest tak, że my zwracamy podatek, ale importerzy już go nie wpłacają.

Czyli ta swoista, bezprocentowa pożyczka od importerów znikła. Jednak to była pożyczka, którą klasyfikowano jako dochód. Ponadto na fali optymizmu poprzednich lat wprowadzono rozwiązania, które w dłuższej perspektywie ułatwiają rozliczenia podatkowe. Ale musimy za nie zapłacić właśnie w tym roku, gdy dotyka nas kryzys.

● Czy ma pan na myśli obniżenie stawki PIT do 18 i 32 proc.?

– Też. Trzeba jednak zastrzec, że obniżka stawek PIT była przewidziana w ustawie budżetowej.