Problem jest z maszynami do skręcania udostępnianymi w sklepach. Chodzi o tanie, sprawne i szybkie urządzenia, dzięki którym każdy chętny zamiast kupować paczkę papierosów za np. 12 zł, może wyprodukować sobie tyle samo skrętów w cenie np. 7 zł. Istnieje ryzyko, że w szybkim czasie opanują znaczną część rynku. Stracą koncerny tytoniowe (mniejsza o nie), straci budżet, skorzystają palacze (no cóż). Możemy mieć dwa rodzaje papierosów: produkowane w fabryce i wytwarzane w sklepiku, na miejscu – z wybranego tytoniu. Jakie ma być uzasadnienie dla zróżnicowanego opodatkowania? Ale to nie znaczy, że fiskus nie przekracza pewnych granic. Proceder może się nie podobać, ale inną sprawą jest to, jak z nim walczyć – jeśli już. Czy palacz korzystający z takiej maszynki to od razu przestępca, czy też racjonalnie działający klient? Czy winne jest urządzenie, czy zaradny sklepikarz robi coś złego? Ciekawe też, czy nie prostsze od prawnych wygibasów i angażowania dużych sił i środków byłoby odpowiednie wyrównanie akcyzy na papierosy i tytoń do ich produkcji. Cały biznes ma sens o tyle tylko, o ile się opłaca.

Wcale bym się też nie zdziwił, gdyby takie lub podobne urządzenia zbłądziły pod strzechy. To tylko kwestia ich wielkości i ceny – jedno i drugie jest dziś barierą łatwą do pokonania. Wtedy fiskus będzie miał prawdziwy kłopot. Zwłaszcza że teraz za wolne od podatku uważa wyłącznie ręczne skręcanie papierosów domowym sposobem...