Prace nad projektem podnoszącym wiek emerytalny trwają i wydaje się, że już nic nie jest w stanie powstrzymać rządu przed jego uchwaleniem. A to oznacza, że państwu oddamy to, co mamy najlepsze – 67 lat naszego życia i 18 lub 32 proc. naszej krwawicy w postaci podatku dochodowego, przy optymistycznym założeniu, że stawki PIT nie będą w przyszłości podniesione.

Proponowane zmiany mają poprawić stan finansów publicznych w Polsce i zwiększyć tempo naszego rozwoju. Takie jest uzasadnienie, ale nikt do końca nie wie, co będzie za te kilka lat. Obawy przed reformą mają wszyscy, ale na pewno będzie jeden wygrany – fiskus. Wygra on w tym sporze, bo do niego trafi więcej pieniędzy, gdy będziemy dłużej pracować. Im dłużej pracujemy, tym więcej zapłacimy podatku. Jest to prosta zależność. Co prawda, od wypłacanych emerytur też jest pobierany podatek dochodowy, ale jej wysokość jest raczej rodzajem jałmużny niż ekwiwalentem za trud naszego życia. W konsekwencji i podatek od takich emerytur jest dużo mniejszy.

Ekonomiści twierdzą, że podniesienie wieku emerytalnego pozwoli ustabilizować rynek pracy i uchronić przyszłe emerytury przed gwałtownym spadkiem. Oczywiście, że tak. Przy okazji uchroni też fiskusa przed gwałtownym spadkiem wpływów z PIT. To jest to drugie dno dyskusji i debat, których teraz pełno. Rząd zapowiada, że przy podnoszeniu wieku emerytalnego spróbuje wypracować mechanizm gwarancji dla osób w wieku przedemerytalnym, które chciałyby jeszcze pracować, ale nie mogą znaleźć pracy. Zapewne uda się to osiągnąć, bo jest to i w jego interesie. I tak właśnie wygląda ekonomia w skali makro.