Jeśli jest coś, czego nie znoszę bardziej od rozgotowanego szpinaku, który jest najbardziej traumatycznym wspomnieniem kulinarnym mojego dzieciństwa, to jest to płacenie podatków. Rzecz skądinąd nieobca większości z nas. I zupełnie naturalna.
Kłopot z podatkami polega jednak na tym, że w ich przypadku lubienie czy nielubienie nie ma nic do rzeczy. Godząc się na życie w tym, a nie innym miejscu, i w takim, a nie innym społeczeństwie, musimy niestety pogodzić się i z tego typu niedogodnościami, jak dzielenie się zawartością własnej spiżarni z innymi. A jako że większość z nas nie ma zbyt rozwiniętej potrzeby wspomagania innych, państwo stara się jak najskuteczniej nas w tej dobroczynności wyręczyć. I po to właśnie tak skrupulatnie przetrząsa nasze kieszenie za pośrednictwem swoich przedstawicieli, czyli niezbyt lubianych pracowników skarbówki. Co innego jednak kogoś nie lubić, bo i fakt, robota taka, że lubić trudno. A co innego kierować przeciwko niemu swoją frustrację i agresję, wynikające często nie tyle z tego, że w jakiś szczególny sposób zostaliśmy skrzywdzeni, ile raczej z tego, że ktoś miał czelność udowodnić nam, że w próbach oszukiwania reszty współobywateli nie okazaliśmy się aż tak inteligentni, jak się nam samym wydaje. Dlatego nie rozumiem i zrozumienia znaleźć nie zamierzam dla bandyckich zachowań wobec nikogo, nawet gdy agresję przejawia ofiara inspektora kontroli skarbowej.
Pora, byśmy jako społeczeństwo w końcu dorośli i zrozumieli, że z płaceniem podatków jest trochę tak jak z chodzeniem do dentysty. Można tego nie lubić, ale niestety jest to konieczne. Nawet jeśli czasem trzeba doświadczyć mało przyjemnej ekstrakcji spróchniałego zęba. W końcu to, że znalazł się on w takim stanie, to raczej nasza, a nie dentysty wina.