Wprowadzona rok temu klauzula miała dać organom podatkowym możliwość podważania podatkowych skutków sztucznych czynności, których celem jest jedynie unikanie opodatkowania.

Wymagałoby to jednak od urzędników ogromu wiedzy i zaangażowania. Urzędnik musiałby przywdziać szaty przedsiębiorcy i jego oczami ocenić biznesowe ryzyko. Wykazać, że dana transakcja faktycznie nie miała uzasadnienia ekonomicznego ani gospodarczego.

Po roku widać, że fiskus woli pójść na skróty. Zamiast stosować klauzulę wobec podatników, którzy faktycznie unikają opodatkowania, weźmie daninę od wszystkich jak popadnie, także od uczciwych. Z góry chyba zakłada, że każdy, kto prowadzi firmę, musi mieć coś na sumieniu, jeśli nie teraz, to będzie miał w przyszłości.

A że trudno wykazać przychód tam, gdzie go nie ma, więc pod pozorem podatku dochodowego opodatkuje czynności bądź ich znamiona. Kompletne pomieszanie pojęć.

Gdzie tu dochód

Tą drogą niedługo zapomnimy, czym w ogóle jest dochód. Z ustaw o PIT i CIT wynika, że to różnica pomiędzy przychodem a kosztami jego uzyskania. Przychód zaś to, według Słownika języka polskiego PWN, suma wpływów pieniężnych.

Pytam zatem: jaki przychód ma ten, kto oddaje swój majątek albo nieodpłatnie wyświadcza usługę? Owszem, można mówić o przysporzeniu u tego, kto bezpłatnie coś otrzymuje. W przeciwnym razie musiałby zapłacić, więc kwota, którą udaje mu się zaoszczędzić, jest jego korzyścią.

Korzyść może jednak wystąpić tylko w dwóch postaciach: albo prowadzi do powiększenia aktywów (co jest zwykłym skutkiem wypłaty pieniędzy), albo do zaoszczędzenia wydatków (tak Trybunał Konstytucyjny w wyroku z 8 lipca 2014 r., sygn. akt K 7/13, dotyczącym nieodpłatnych świadczeń).

Czy zatem wydanie rzeczy oznacza powiększenie aktywów? A może zaoszczędzenie wydatku? Na upartego można powiedzieć, że zamiast magazynować zbędny majątek firmie bardziej może się opłacać go pozbyć. W takim razie jak będziemy ustalać przychód? Wedle hipotetycznych kosztów magazynowania?

Gdzie tu kapitalizacja

Takie samo pomieszanie pojęć następuje w przepisach o tzw. cienkiej kapitalizacji. Przypomnijmy – miały być one reakcją fiskusa na podatkowy wybieg polegający na tym, że podmiotom powiązanym bardziej opłacało się pożyczać sobie pieniądze niż dokapitalizowywać się wzajemnie. Fiskus chętniej widziałby wpłaty na kapitał zakładowy (akcyjny) spółki niż zaciąganie pożyczek u udziałowca lub akcjonariusza. Dlatego wprowadził ograniczenia w zaliczaniu odsetek od pożyczki do kosztów uzyskania przychodów.

Teraz Ministerstwo Finansów zakłada, że ograniczenia te będą dotyczyć również podmiotów niepowiązanych. Czy zatem ma to być podatkową sankcją za to, że bank udziela kredytu zamiast wejść do spółki swojego klienta i przejąć jego akcje lub udziały? Czy rynek fuzji i przejęć ma teraz wyprzeć rynek kredytów i pożyczek?

Fiskus chętnie powołuje się w tym zakresie na dyrektywę Rady UE 2016/1164. Mniej chętnie przytacza, że przewiduje ona limit kosztów nieobjętych ograniczeniami w zakresie cienkiej kapitalizacji na poziomie 3 mln euro, a nie – jak się zakłada u nas – 120 tys. zł. Od kilku dni MF przebąkuje coś o ewentualnym dziesięciokrotnym podwyższeniu limitu, ale to i tak dużo poniżej limitu z dyrektywy.

Własna strata to kapitał

Jeszcze bardziej niezrozumiałe są planowane zmiany w odliczaniu straty ze sprzedaży własnych wierzytelności. Nie wolno byłoby jej odjąć od dochodu z działalności gospodarczej (operacyjnej). Przed jakim zatem wyborem MF stawia wierzyciela, który nie mogąc się doczekać zapłaty od dłużnika, chce odzyskać choćby część swojej należności? Czy ma nią być przejęcie niewypłacalnego dłużnika za cenę bankructwa własnej firmy?

Powierzchnia, czyli zysk

O tym, że podatek dochodowy nie będzie miał nic wspólnego z dochodem, najbardziej przekonuje planowane obłożenie daniną właścicieli galerii handlowych i biurowców. Cel MF jest jasny i wielokrotnie już wyłożony – chodzi o opodatkowanie przedsiębiorców, którzy mają zysk, a nie płacą w Polsce podatku dochodowego.

Pamiętajmy jednak, że podstawą opodatkowania ma być hipotetyczny zysk, ustalany na podstawie powierzchni użytkowej. Dziś szacowanie dochodów jest możliwe tylko i wyłącznie, gdy podatnik nierzetelnie prowadzi księgi. Słowem, nie wykazuje faktycznej sprzedaży albo odlicza koszty, na które nie ma dowodu. Ale nawet przy takim szacowaniu fiskus musi uwzględnić wydatki, które podatnik faktycznie poniósł.

W założeniach minimalnego podatku od galerii handlowych i biurowców w ogóle o kosztach nie ma mowy. Powierzchnia ma się przekładać wprost na dochód.

W takim razie proponuję: zlikwidujmy w ogóle podatek od dochodu i albo obłóżmy daniną przychody (nie dając prawa do pomniejszania ich o koszty), albo opodatkowujmy czynności. Dwa podatki od transakcji już mamy: VAT (od dostawy towarów oraz świadczenia usług) oraz podatek od czynności cywilnoprawnych. Cóż szkodzi wprowadzić trzeci?