statystyki

Fiskus patriotyczny: Polacy nie chcą płacić podatków

autor: Andrzej Krajewski02.12.2016, 07:14; Aktualizacja: 02.12.2016, 08:43
Wojny toczone przez Rzeczpospolitą były kosztowne. Szlachta godziła się na podatki, ale za cenę nowych przywilejów

Wojny toczone przez Rzeczpospolitą były kosztowne. Szlachta godziła się na podatki, ale za cenę nowych przywilejówźródło: ShutterStock

Niechęć do płacenia podatków Polacy mieli zakodowaną w szlacheckich genach. Ale istniały sposoby, dzięki którym władza potrafiła im ów odruch zablokować.

Rząd Beaty Szydło próbuje, ale bardzo się boi – podnieść podatki oczywiście. A wkrótce, zgodnie z Wałęsowską maksymą, choć nie chce, to będzie musiał. Przez ostatni rok poczynania rządzącej ekipy w tej dziedzinie przypominały coś na kształt epileptycznych drgawek. Wszystko przez to, że głównym kryterium wprowadzenia nowych podatków stało się dążenie do wrażenia, iż są one sprawiedliwe. Zaczęto więc od banków, a jak wiadomo, mało kto je lubi (poza samymi bankierami). Poszło całkiem łatwo, bo i podatek, jaki wymyślono, okazał się dość prosty do obchodzenia, a resztę jego kosztów można przerzucić na klientów. Potem na celowniku Ministerstwa Finansów znalazły się sklepy wielkopowierzchniowe. Jak powszechnie wiadomo, przeważnie związane z kapitałem niemieckim lub francuskim. Podejść, by zabrać im trochę pieniędzy, zrobiono kilka. Wszystkie zakończone spektakularnymi klęskami. Przy okazji wprawiono w stan ostrej paniki polskich sklepikarzy, którzy wyliczyli, że podatek obrotowy w przewidzianej wysokości zapędzi ich do grobu. Niemal jednocześnie przewodniczący Stałego Komitetu Rady Ministrów Henryk Kowalczyk intensywnie pracował nad jednolitą daniną, mającą zastąpić PIT oraz składkę zdrowotną i emerytalną. Niestety okazało się, że wcale nie będzie on neutralny dla płatników, zwłaszcza tych prowadzących działalność gospodarczą oraz wykonujących wolne zawody. Cisza, jak zapadła wokół projektu, zwiastuje jego rychły zgon. Tymczasem Parlamentarny Zespół na rzecz Wspierania Przedsiębiorczości i Patriotyzmu Ekonomicznego, utworzony przez posłów PiS oraz Kukiz’15, zapowiedział prezentację projektu, który niezapomniany Saddam Husajn nazwałby „matką wszystkich opodatkowań”. Wedle ogólnych założeń ma on zmienić wszystko, nawet VAT i CIT. I to tak, by pracodawcy i pracobiorcy płacili mniej, a państwo dostawało więcej. Cel godzien pochwały, zwłaszcza jeśli wiadomo, że w przyszłym roku budżet wyda dużo więcej z powodu choćby: „500+”, planowanej reformy oświaty, konieczności modernizacji armii, programu „Za życiem”, a w kolejnych latach także obniżki wieku emerytalnego. Dominujące w rządzie oraz PiS myślenie życzeniowe sprowadza się do tego, że po uszczelnieniu systemu skarbowego wzrosną wpływy do budżetu. Równie wielką wiarę pokłada się we wzroście PKB powyżej 3 proc. i powracającej, po kilku latach nieobecności, inflacji. Na razie jednak sektor budowlany zamarł, inwestycje są zamrożone, a co najgorsze za granicami znów zbiera się na burzę. Wkrótce może zacząć się walić system bankowy we Włoszech i chwiać cała strefa euro. Każde takie zwirowanie uderza rykoszetem w polską gospodarkę. Jej słabość zaś odbija się na wpływach budżetowych. Nieuchronnie więc zbliża się ten moment, kiedy rząd Beaty Szydło będzie musiał sięgnąć obywatelom głębiej do kieszeni. Co zawsze jest wydarzeniem bolesnym i władza powinna zadać sobie pytanie, jakie środki znieczulające ludowi zaaplikować. Zwłaszcza gdy dotychczasowymi działaniami wzbudzało się tylko rosnącą irytację.

Szlachta nie płaci

Szermując hasłami sprawiedliwości społecznej i obiecując ściąganie większych danin od zagranicznego kapitału, ministrowie obecnego rządu naiwnie wierzyli, iż ujmą tym wyborców. Pokazując, jak mało wiedzą o naszych narodowych korzeniach, choć stale się na nie powołują. Tymczasem należy dostrzec rzecz zasadniczą – niepłacenie podatków to fundament polskości i wywodzącej się z niego szlacheckiej odmiany demokracji. Opierała się ona na zasadach: władzy się nie ufa, władzy się nie płaci, ale można zapłacić, jeśli się coś dostanie. Zaś sprawiedliwość nie ma tu nic do rzeczy. Ten zestaw reguł doskonalono przez wieki, poczynając od 17 września 1374 r., kiedy Ludwik Andegaweński podpisał w Koszycach ofertę, za którą polska szlachta godziła się zagwarantować jego córce prawo do zasiadania na tronie. Król Węgier i Polski wyraził w nim swoją sympatię do poddanych (choć na co dzień wolał rezydować w Budapeszcie) i w zamian za to, iż: „w szczególnej swej do nas miłości przyjęła i potomstwo nasze żeńskie, tak samo jak męskie, sobie za księcia i pana”, obiecywał w rewanżu radykalną obniżkę podatków. „Zwalniamy i wyjmujemy od składania wszelkich danin, podatków i opłat, tak ogólnych, jak i szczegółowych, jakimkolwiek mianem by się zwały, wszystkie miasta, grody, posiadłości, miasteczka i wsie, mieszkańców wsi całego Królestwa Polskiego należących do panów i wszystkiej szlachty” – oznajmiał monarcha. Acz jak na sprytnego Węgra z francuskim pochodzeniem przystało, wytargował pozostawienie podatku gruntownego w wysokości dwóch groszy od łana ziemi (ok. 17 hektarów). Transakcja, sprowadzająca się do zasady: obniżka podatków w zamian za władzę, bardzo spodobała się polskiej szlachcie. Zwłaszcza że władca, z ograniczonymi środkami finansowymi, pozostawał zależny od poddanych. Dlatego, ilekroć zdarzała się ku temu okazja, ci okrajali wpływy skarbowe swego króla. Musiał się na to godzić Władysław Jagiełło, nim rozpoczął wojnę z Zakonem Krzyżackim, a potem jego syn Kazimierz Jagiellończyk, gdy szykował się odbić Prusy z rąk tego samego wroga. W przywileju nieszawskim wydanym w 1454 r. uznał zasadę, że wszelkie nowe podatki monarcha może nałożyć na szlachecką własność jedynie za przyzwoleniem sejmików ziemskich.

Tak ukształtowany model relacji rządzonych z rządzącym w sferze podatkowej z czasem określił cały ustrój państwa. Jego fundamentem stała się wydana w 1505 r. konstytucja stanowiąca „nihil novi sine communi consensu” (nic nowego bez powszechnej zgody). Nowe prawa mogły być stanowione jedynie za jednomyślną zgodą Sejmu. Co w szczególności tyczyło się spraw podatkowych. Zupełnie już z nich zwolniona szlachta mogła się obłożyć obowiązkiem zapłacenia daniny, jeśli jej przedstawiciele lub król potrafili ją do tego przekonać. Co przedstawiało się wyjątkowo trudno, gdyż statystyczny Sarmata nie miał ochoty ani na prowadzenie polityki mocarstwowej, ani na doświadczanie głębokich reform. Preferował spokojne, wiejskie życie, przerywane od czasu do czasu awanturami podczas sejmików. Gdy rezydujący w odległej stolicy władca znów chciał sięgnąć mu do kiesy, by realizować mniej lub bardziej podejrzane cele. Choć mijały stulecia i z powodu niewydolności systemu podatkowego Rzeczpospolita stawała się coraz bardziej bezbronna, w polskiej mentalności niewiele się zmieniało. Jak widać i dziś noblesse oblige, nawet jeśli realnie arystokratyczne korzenie ma niewielki odsetek Polaków, a chłopów i mieszczan nikt o zdanie w państwie Sarmatów nie pytał. Teoretycznie i obecnie nie ma takiej potrzeby, gdyż wystarczy zdanie partyjnej większości w Sejmie i Senacie. Jednak za zbytni autorytaryzm w kwestiach finansowych każdy rząd w końcu płaci.

Knucie nie popłaca


Pozostało jeszcze 66% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Kup licencję

Polecane

Reklama

Komentarze (1)

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Polecane