Podatnicy odliczyli w ubiegłym roku ponad 5,5 mld zł, o 3 proc. mniej niż rok wcześniej. To dane, jakie zebraliśmy w szesnastu izbach skarbowych. O ile jednak spadek liczby korzystających nie dziwi, bo rząd świadomie ograniczył ich krąg, wykluczając z niego podatników z jednym dzieckiem i dochodami rocznymi przekraczającymi 56 tys. zł (dla małżeństw limit dochodów ustalono na 112 tys. zł), o tyle zaskakujące jest, że zmalała łączna wartość ulg, mimo że zwiększono jednocześnie kwotę odliczenia na trzecie dziecko (z 1112,04 do 1668,04 zł) oraz czwarte i każde następne (do 2224,08 zł).

Ubiegłoroczne wyniki pokazały wyraźnie główną wadę systemu ulg prorodzinnych: zwiększanie limitu odliczenia niewiele daje, bo żeby w pełni go wykorzystać, trzeba mieć wysokie dochody. Rodziny z trójką czy czwórką dzieci muszą zarabiać naprawdę dużo, żeby skorzystać z ulgi. Premier zapowiedział zmiany w systemie.

Rząd oszczędził na ulgach

Urzędnicy zastrzegają, że nie są to wyniki ostateczne (te będą prawdopodobnie dopiero pod koniec września), ale tendencja raczej się nie zmieni: liczba odliczeń i ich łączna kwota są niższe niż przed rokiem. Ta pierwsza spadła o blisko 6,7 proc., a wartość ulgi zmniejszyła się o blisko 3 proc.

Mirosław Barszcz, były wiceminister finansów odpowiedzialny za podatki, mówi, że wyniki odliczeń ulgi na dzieci to dowód na to, że udało się niskim kosztem lepiej ją zaadresować. Odpisywać jej od podatku nie mogą już osoby z jednym dzieckiem o rocznych dochodach powyżej 56 tys. zł (112 tys. zł w przypadku małżeństw). Za to zwiększyły się limity ulg na trzecie oraz czwarte i każde następne dziecko.

– Zawsze jest konflikt, bo z jednej strony trzeba pilnować budżetu, z drugiej prowadzenie jakiejkolwiek polityki demograficznej wymaga zwiększania wydatków. Z tego punktu widzenia osiągnięto kompromis – ocenia Barszcz.

Inni eksperci również uważają, iż rządowa oszczędność na ulgach to „wypadek przy pracy”. Marta Petka-Zagajewska z Raiffeisen Polbanku przypomina, że zmiany miały być neutralne dla budżetu. – Te 180 mln zł oszczędności muszą być dla ministerstwa zaskoczeniem. Nie sądzę, żeby rząd rzeczywiście chciał zaoszczędzić na ulgach prorodzinnych. Problem z ulgami polega na tym, że da się je w pełni wykorzystać tylko wtedy, gdy ma się wysokie dochody i dzięki temu duży podatek, od którego można je odliczyć – tłumaczy Petka-Zagajewska.

Efekt podwyższenia limitu odliczeń dla rodzin wielodzietnych powinien być pozytywny, jeśli weźmie się pod uwagę liczbę takich rodzin. Ekonomistka przytacza dane ze spisu powszechnego z 2011 r., zgodnie z którymi w Polsce jest 735 tys. rodzin z trójką i ponad 270 tys. z czwórką dzieci.

Według informacji, jakie uzyskaliśmy w izbach skarbowych, największy procentowy spadek liczby podatników korzystających z ulgi zanotowano na Mazowszu: w tym roku odpis znalazł się w ponad 555,5 tys. deklaracji PIT, to o prawie 10 proc. mniej niż rok temu. Duże spadki liczby osób korzystających z ulgi zanotowano też na Dolnym Śląsku (8,5 proc.) i w Łódzkiem (o 7 proc.). Ale pod tym względem przoduje Opolskie. Kwota odpisów na dzieci za ubiegły rok wyniosła tam 122,9 mln zł, o ponad 8 proc. mniej niż rok wcześniej.

– To efekt modelu rodziny, czyli „dwa plus jeden” w tych regionach – profesor Irena E. Kotowska z Instytutu Statystyki i Demografii Szkoły Głównej Handlowej nie jest zdziwiona. Do tego w województwie mazowieckim czy dolnośląskim jest relatywnie dużo osób o większych dochodach w porównaniu z innymi regionami. – W efekcie po zmianie zasad udzielania ulgi od razu ubyło osób, które mogą się o nią starać – komentuje prof. Kotowska. I wskazuje na „błąd systemu”. Według niej ubiegłoroczna zmiana nie przełożyła się na dużą poprawę dochodów Polaków, to był tylko sygnał rządu: myślimy o rodzinach wielodzietnych. – Uważam jednak, że zamiast rozbudowywać system ulg, lepiej sprawdziłoby się wprowadzenie kwoty wolnej od podatku, która zależałaby od liczby dzieci w rodzinie – dodaje.

Jako nietrafione ocenia ubiegłoroczne zmiany także prof. Tomasz Szlendak, dyrektor Instytutu Socjologii UMK. – One sprzyjają wyraźnie mniej zamożnym, a tam dzieci zawsze się rodziły ze względu na inny system wartości. Nie przybywa ich w klasie średniej. Rząd zakłada, że osoby ze średniej klasy radzą sobie, dlatego nie potrzebują żadnego wsparcia. Tymczasem radzą sobie, bo nie mają dzieci – kwituje.