Certyfikat rezydencji wydany online nie pozwoli uniknąć podatku u źródła ani go pomniejszyć, jeżeli przedsiębiorca może pozyskać od kontrahenta taki sam dokument w formie papierowej. Tak uznał w interpretacji dyrektor Izby Skarbowej w Poznaniu.
Reklama
Chodziło o spółkę zajmującą się głównie wydawaniem publikacji książkowych i czasopism. W ramach swojej działalności spółka pozyskiwała usługi reklamowe od zagranicznych kontrahentów. Od wypłacanego im wynagrodzenia powinna co do zasady potrącić podatek u źródła, według 20-proc. stawki, zgodnie z art. 21 ust. 2a ustawy o CIT. Nie ma jednak daniny, jeżeli kontrahent prześle polskiemu przedsiębiorcy tzw. certyfikat rezydencji.
Taki dokument pozwala zastosować postanowienia podpisanych przez Polskę międzynarodowych umów o unikaniu podwójnego opodatkowania. Wynika z nich, że dochody z usług reklamowych to zysk przedsiębiorstwa, opodatkowany tylko w kraju, w którym świadczący usługę ma siedzibę. Takim potwierdzeniem jest – zgodnie z art. 4a pkt 12 ustawy o CIT – wydany przez obcą administrację podatkową certyfikat rezydencji, czyli zaświadczenie, które – w uproszczeniu – potwierdza, że firma rozlicza daninę w drugim państwie.

Reklama
Przepisy nie mówią wprost, w jakiej formie certyfikat powinien być wystawiony. W Polsce przyjęło się uważać, że powinien mieć on formę papierową.
Problem polegał na tym, że spółka często otrzymuje takie certyfikaty elektronicznie. Jej kontrahenci twierdzą bowiem, że w ich kraju (np. w Irlandii) dokumenty te mają dla fiskusa takie samo znaczenie jak papierowe. Kontrahenci sami więc decydują, czy chcą otrzymać certyfikat papierowy, czy elektroniczny – wyjaśniała spółka.
Spółka miała nadzieję, że polski fiskus zadowoli się elektronicznym certyfikatem, co oznaczałoby, że jej kontrahenci uzyskają całość wynagrodzenia, bez potrąconego jakiegokolwiek podatku. Argumentowała, że polskie przepisy nakazują jedynie, aby certyfikat był dokumentem urzędowym wydanym przez zagraniczną administrację podatkową.
Spółka powołała się także na inne interpretacje dopuszczające posługiwanie się elektronicznymi certyfikatami, np. dyrektora Izby Skarbowej w Katowicach z 17 czerwca 2013 r. (nr IBPBI/2/423-342/13/MO) i IS w Warszawie z 29 stycznia 2013 r. (nr IPPB4/415-319/11/13-10/S/SP). Wprawdzie w obu chodziło o sytuację, w której dany kraj (np. Francja) w ogóle nie wydaje papierowych certyfikatów, ale zdaniem spółki nie ma to istotnego znaczenia.
Dyrektor poznańskiej izby uznał jednak, że dokumenty elektroniczne są dopuszczalne w Polsce tylko wtedy, gdy faktycznie nie ma możliwości pozyskania ich papierowych odpowiedników. Skoro spółka ma taką możliwość, to powinna prosić kontrahenta o tradycyjny certyfikat. W przeciwnym razie od wypłacanego mu wynagrodzenia powinna potrącić podatek – stwierdził dyrektor izby.
Takie stanowisko dziwi Macieja Hadasa, starszego menedżera w Grant Thornton. – Z jednej strony dużo mówi się o odformalizowaniu wymogów związanych z prowadzeniem działalności gospodarczej, a z drugiej urzędnicy ciągle wydają takie interpretacje jak ta – mówi ekspert. Jego zdaniem stanowisko organów jest nie tylko nielogiczne, ale i niezgodne z przepisami oraz celem ustawodawcy.
Ustawowa definicja certyfikatu rezydencji w żaden sposób nie narzuca bowiem jego formy i nie dyskryminuje dokumentów elektronicznych. Tymczasem fiskus zobowiązuje przedsiębiorców do tłumaczenia ich kontrahentom, że dokument, który jest ważny w ich kraju, nie ma żadnego znaczenia w Polsce, bo powinni pozyskać papierowy odpowiednik, jeżeli chcą otrzymać należne im wynagrodzenie bez potrąconego podatku. – Trudno przypuszczać, że nastroi to pozytywnie do współpracy z polską firmą – podsumowuje ekspert Grant Thornton.
Interpretacja dyrektora Izby Skarbowej w Poznaniu z 25 sierpnia 2016 r., nr ILPB3/4510-1-281/16-4/ŁM.