Pod szumną nazwą nowych technologii kryły się najbardziej popularne w firmach systemy oprogramowania, systemy obiegu dokumentów w banku, pakiety aplikacji biurowych. Często tej samej światowej firmy. Mam wątpliwości, czy faktycznie wszyscy powinniśmy wspierać wzrost sprzedaży produktów cudzej myśli technologicznej. A także jej rozwój, bo ulga przysługiwała wyłącznie na wiedzę technologiczną niestosowaną na świecie przez dłużej niż 5 lat. Co więcej, obejmowała też wydatki na instalację i wdrożenie samego systemu oraz dostosowanie interfejsów do nowego oprogramowania.

Pamiętajmy, że sam zakup oprogramowania jest już kosztem pomniejszającym podstawę opodatkowania. To prawda, że rozłożonym w czasie (w postaci odpisów amortyzacyjnych), ale jednak kosztem.

Oczywiście ktoś może powiedzieć, że przepisy nie wykluczały możliwości odliczenia wydatków poniesionych na zakup krajowych technologii. W takim razie kilka liczb: w 2014 r. z ulgi na nabycie nowych technologii skorzystało 80 podatników CIT i 37 podatników PIT. Jednych i drugich było zatem niewielu. Różnica w odliczeniach jest jednak kolosalna. Podatnicy PIT odjęli z tego tytułu 754 tys. zł, co oznacza, że jedna osoba odliczyła średnio 20,4 tys. zł. Natomiast zaledwie 80 podatników CIT odjęło w sumie 284 mln zł, a więc jeden podmiot średnio 3,5 mln zł.

Nowa ulga, która zastąpi dotychczasową, ma wspierać nie zakupy, lecz działalność twórczą, obejmującą badania naukowe lub prace rozwojowe. I stąd - jak podejrzewam – wziął się zgiełk. Wytworzyć dużo trudniej niż kupić.

Nie mam nic przeciwko dodatkowemu odliczeniu, nawet 50 proc. poniesionych wydatków, co efektywnie dawało podatnikom CIT oszczędność podatkową na poziomie 9,5 proc. Ale jeśli takich wydatków, jak dotychczas, to dlaczego nie wielu innych? Każdy z nas może wymienić setki powodów, dla których chciałby odjąć to i owo.