Gdy usłyszałem propozycję PO, to pomyślałem, że wreszcie jakaś siła polityczna w Polsce chce zrobić prawdziwy krok w kierunku bardziej progresywnych i sprawiedliwych podatków. Ale jak się patrzy na to rozwiązanie w szczegółach, to na każdym kroku wychodzi jego niedopracowanie – mówi Radosław Piekarz
Radosław Piekarz partner w kancelarii podatkowej A&RT, ekspert w Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Na Akademii Leona Koźmińskiego pisze doktorat o cenach transferowych / Dziennik Gazeta Prawna
Tuż przed wyborami mamy prawdziwy wysyp propozycji zmian podatkowych. I to nieraz całkiem ambitnych. Weźmy choćby projekt reformy przedstawiony przez Platformę Obywatelską: PIT i składki na ZUS i NFZ zintegrowane w jeden podatek. Jednolity kontrakt zamiast umowy o pracę i umowy-zlecenia.
Reklama

Reklama
W pierwszej chwili ten pomysł bardzo mi się spodobał. Bo on wiele rzeczy upraszcza. Podobny system istnieje na przykład w Wielkiej Brytanii i nazywa się PAYE (pay-as-you-earn programme – red.). Firma dokonuje tam jednej płatności, która jest potem dzielona pomiędzy odpowiednie urzędy. W tym pomyśle naprawdę trudno się do czegoś przyczepić. Oczywiście przygotowanie takiej integracji wymaga 5–6 lat zmian legislacyjnych, organizacyjnych i informatycznych. Ale zyski będą spore. Jak choćby usunięcie trudności komunikacyjnych pomiędzy samymi urzędami.
Jak to?
Dziś jest tak, że urząd skarbowy i ZUS mają często problem, by wymieniać się danymi i sprawdzać, czy firmy odprowadzają właściwe składki. Dzieje się tak z powodu sprzeciwów innego organu państwowego, czyli generalnego inspektora ochrony danych osobowych (GIODO), który uważa, że taka wymiana jest nielegalna. Co jest absurdalne i bardzo utrudnia pracę.
A jednolity kontrakt?
To rozwiązanie spodobało mi się jeszcze bardziej. Nie od dziś wiadomo, że wielkim problemem polskiego systemu podatkowego jest jego regresywność. To znaczy im ktoś słabiej sytuowany, tym – relatywnie – wyższe płaci podatki. I odwrotnie. Im lepiej zarabiasz, tym mniej oddajesz fiskusowi. Ministerstwo Finansów zaproponowało, by wysokość zintegrowanego podatku PIT wyliczał algorytm. W praktyce więc dla każdego podatnika w zależności od jego dochodu i formy zatrudnienia będzie on układał się w przedziale między 10 a 39,5 proc. I to jest bardzo dobra wiadomość. Gdy ją usłyszałem, to pomyślałem, że wreszcie jakaś siła polityczna w Polsce chce zrobić prawdziwy krok w kierunku bardziej progresywnych i sprawiedliwych podatków.
Czyli jest super?
No właśnie nie jest. Bo jak się patrzy na rozwiązanie zaproponowane przez Platformę w szczegółach, to na każdym kroku wychodzi jego niedopracowanie. Jeden z moich kolegów wyliczył, że matka samotnie wychowująca dziecko i pracująca na umowie-zleceniu zapłaci według nowych zasad więcej podatku niż teraz. Wiemy już też, że Platforma chce wyłączyć z systemu wynagrodzenia menedżerów w postaci opcji na akcje. A to rozwiązanie bardzo często stosowane. Taki podatek będzie nadal wynosił 19 proc. i nie będzie tam składki na ZUS. Jak się znajduje kolejne takie przykłady, to zapał do chwalenia PO powoli mija.
A co z jednoosobową działalnością gospodarczą? Już dziś jest tak, że praca „na firmę” – często wymuszona przez pracodawcę – to prawdziwa plaga polskiego rynku pracy.
A po wejściu w życie jednolitego kontraktu skala tego zjawiska może się jeszcze powiększyć.
Da się z tym coś zrobić?
Owszem. Bo w przypadku działalności gospodarczej sam PIT nie jest problemem. On wynosi 19 proc. i niech sobie nawet taki zostanie. Powiedzmy, że w tym przypadku niższy podatek dochodowy jest jakąś formą fiskalnej rekompensaty za ryzyko ponoszone w związku z prowadzeniem takiej działalności.
Oczywiście przy założeniu, że jest to działalność autentyczna. A nie udawana.
Zgadza się. Ale prawdziwym powodem atrakcyjności zatrudnienia na firmę jest wysokość świadczeń – zwłaszcza emerytalnych. Moim zdaniem bardzo by pomogło, gdyby w przypadku umowy o dzieło ZUS nie był liczony kwotowo – tak jak to jest dziś – tylko jako procent przychodu.
Żeby nie zgubić czytelnika, musimy to pokazać na przykładzie.
Dziś jest tak, że niezależnie od tego, ile zarabiasz, to jako przedsiębiorca płacisz tę samą kwotę minimalnej składki na ZUS. Czyli obecnie zazwyczaj około 1100 zł. A chodzi o to, żeby te składki zbliżać do obciążeń ponoszonych przez osoby pracujące na etat. Żeby nie było nieuczciwej konkurencji i wypychania ludzi na samozatrudnienie.
Ale o tym Platforma nic nie mówi?
Niestety nie. Nie ma żadnych sygnałów na ten temat.
Zostawmy na razie projekt PO. Również dlatego, że z powodu aktualnych nastrojów opinii publicznej nie ma większych szans na ich wprowadzenie w życie. Jaką filozofię zmian systemu podatkowego proponuje nam największa partia opozycyjna i prawdopodobny zwycięzca październikowych wyborów parlamentarnych?
Spójnej filozofii tam raczej nie widzę. Jest kilka oderwanych od siebie propozycji. Na przykład propozycja obniżki CIT-u dla małych i średnich przedsiębiorstw do 15 proc.
To nie jest sensowna propozycja? PiS stara się tutaj wyjść naprzeciw formułowanemu coraz głośniej zarzutowi, że polski system podatku CIT też jest regresywny. To znaczy, że faworyzuje wielkie międzynarodowe korporacje i nie pozwala rozwinąć skrzydeł drobnym polskim firmom.
Ja uważam, że podatki dla firm i tak są w Polsce dosyć niskie. Ale nie to jest tutaj najważniejsze. Ta propozycja jest przede wszystkim źle skonstruowana. Autorzy tego pomysłu zdają się nie dostrzegać, że najmniejsze firmy nie płacą CIT-u, tylko liniowy PIT. Jako jednoosobowe działalności gospodarcze albo jako spółki osobowe.
No to mają 19 proc., a PiS zaproponuje im 15 proc. Czyli mniej.
A teraz spójrzmy na to z punktu widzenia państwa i stabilności systemu. Dziś te wszystkie jednoosobowe firmy płacą składki na ZUS. Niskie, bo niskie, ale jednak. Jeżeli w życie wejdzie propozycja PiS, to posiadanie jednoosobowej firmy nie będzie się już opłacało. Zamiast tego dostaniemy wysyp np. spółek z o.o. Które ZUS-u już nie płacą. W ten sposób i tak nadwyrężona kasa Funduszu Ubezpieczeń Społecznych stanie jeszcze bardziej pusta. Czy to można nazwać rozsądnym pomysłem pełnym odpowiedzialności za finanse państwa?
A podniesienie kwoty wolnej? To był przecież sztandarowy pomysł PiS-owskiego prezydenta Andrzeja Dudy.
O prostej podwyżce kwoty wolnej dla wszystkich podatników nikt już na szczęście nie mówi. Według najnowszych sygnałów ma być bardziej subtelnym rozwiązaniem, niż to się początkowo wydawało. To znaczy, że z dobrodziejstw wyższej kwoty wolnej skorzystają tylko ci najgorzej sytuowani, niewychodzący poza pierwszy próg podatkowy.
To akurat sensowne. Krok w kierunku niwelowania podatkowej regresji, na którą zżymaliśmy się na początku.
Zamysł jest w porządku. Tylko że z tym pomysłem jest pewien problem. Polega on na tym, że nie da się zagwarantować, by ci ludzie faktycznie zobaczyli te pieniądze z wyższej kwoty wolnej. Zwłaszcza w warunkach takiego rynku pracy, jak ten istniejący w Polsce.
Co to znaczy?
Wyobraźmy sobie taką sytuację. Pracodawca z pracownikiem umawiają się na pensję w wysokości 2 tys. zł na rękę. Po wejściu w życie nowego przepisu oni nadal są umówieni na 2 tys. zł. Z tą tylko różnicą, że zysk związany z podniesieniem kwoty wolnej dyskontuje pracodawca. W najlepszym razie pracownikowi skapnie tylko jakaś niewielka część tej sumy.
Dlaczego?
Bo w obecnych realiach polskiego rynku pracy pozycja pracownika jest generalnie słaba. Wyjąwszy część sektora publicznego, nie mamy ani skutecznych mechanizmów, ani nawet kultury negocjowania podwyżek płac. Bardzo wiele zależy też od regionu. Jestem sobie w stanie wyobrazić, że w Warszawie pracownik ma szansę przejąć dużą część tej kwoty wolnej. Ale już na prowincji i w miejscach z dużym strukturalnym bezrobociem nie ma na to raczej szans. Bo tam się albo pracuje na warunkach pracodawcy, albo nie pracuje wcale.
A inne podatkowe propozycje PiS? Podatek bankowy i od sklepów wielkopowierzchniowych?
Tu, mam wrażenie, jeszcze wiele się zmieni w wyniku negocjacji nowej władzy z reprezentującymi wielki biznes organizacjami lobbingowymi. Będą padały argumenty o ucieczce kapitału zagranicznego z Polski albo o automatycznym przerzuceniu podatkowych obciążeń na klientów. Dlatego jeśli do tego dojdzie, to czeka nas długi proces ucierania się kompromisu.
Wydaje się, że poza funkcją czysto fiskalną PiS chciał wysłać czytelny sygnał. I powiedzieć, że nie jest tak, że rządy narodowe są wobec problemu podatkowych ucieczek zupełnie bezradne.
Rozumiem to doskonale. Tylko że my w Polsce jesteśmy dopiero na początku tej drogi. I tak naprawdę o unikaniu płacenia podatków przez biznes wiemy bardzo niewiele. Od kilku lat mamy faktycznie modę na mówienie o tym, że zagraniczne korporacje nie płacą w Polsce podatków.
A płacą?
Tego właśnie nie wiadomo. Nasza wiedza jest w dużej mierze teoretyczna. Wiemy na przykład, że firmy mają bardzo duże możliwości obchodzenia zobowiązań podatkowych i przerzucania dochodów za granicę. Wiemy też, że polskie instytucje nie bardzo potrafią się temu przeciwstawić. Co roku mamy więc na przykład tylko 120 kontroli na 400 tys. podatników CIT-u.
W czym problem?
Po pierwsze, polskie państwo deleguje do walki z takimi nadużyciami zbyt mało urzędników. Po drugie, ci urzędnicy są wyposażeni w zbyt słabe narzędzia kontroli. Przez wiele lat nie mieli na przykład odpowiednich baz danych. Po trzecie wreszcie, nie ma jakiegoś przesadnego społecznego potępienia dla unikania podatków. Fiskus kojarzy się z intruzem zabierającym ludziom ich ciężko zarobione pieniądze.
I co z tego wynika?
Z jednej strony są możliwości wyprowadzania środków za granicę, a z drugiej słabość instytucji kontrolnych. Więc możemy założyć, że duża część podatników – zwłaszcza tych korporacyjnych – z takich możliwości korzysta.
Ale nie wiemy, kto korzysta?
No właśnie. Dlatego najłatwiej jest powiedzieć, że w unikaniu opodatkowania dominują międzynarodowe korporacje. Ale jest to tylko przypuszczenie. Obserwując to ze środka branży podatkowo-doradczej, wysunąłbym raczej tezę, że międzynarodowi gracze, owszem, sięgają po narzędzia agresywnej optymalizacji, ale równie często robią to nasi polscy przedsiębiorcy. I to nawet nie giganci, ale właśnie ci średni i średnio duzi. Na pewno wśród polskich biznesmenów jest moda na posiadanie spółek w rajach podatkowych.
Co jest modne w tym sezonie?
Amerykański stan Delaware.
Jak to działa?
Zakładają zwykłe spółki Ltd, czyli takie spółki z o.o. To z pozoru gra bez ryzyka. Bo spółki Ltd nie płacą w Delaware żadnego podatku od przychodów uzyskanych poza Stanami Zjednoczonymi. Problem się dopiero zacznie.
Bo?
Bo pieniądze łatwo jest z Polski wywieźć. Bardzo trudno będzie je jednak z tego Delaware ruszyć. Zwłaszcza gdyby chcieli te pieniądze z powrotem do Polski ściągnąć. Bo wtedy zostaną zapytani: skąd się wzięły? Z dywidendy? To proszę zapłacić 19 proc. podatku. Gotówka? To będzie problem z jej zalegalizowaniem. I tak dalej.
Czyli system – choć słaby – jakoś się jednak broni.
Do pewnego stopnia tak. Z bardziej wyrafinowanymi konstrukcjami nie jest sobie jednak w stanie poradzić. I to się nie zmieni bez wzmocnienia państwowych instytucji odpowiedzialnych za taką walkę. I generalnej zmiany klimatu przyzwolenia na agresywną optymalizację.
Wróćmy jednak do przeglądu podatkowych propozycji przedwyborczych. Prócz mniej lub bardziej progresywnych propozycji PO i PiS mamy też projekty takie jak Nowoczesna Ryszarda Petru. Która obiecuje powrót do porzuconego kiedyś przez PO pomysłu jednolitego PIT, CIT i VAT na poziomie 16 proc.
Propozycje Petru to dziwaczny powrót do przeszłości. Bo nie ma żadnego praktycznego uzasadnienia, żeby różne podatki miały tę samą stawkę. Prócz tego, że to ładnie wygląda na papierze. Efekty takiego pomysłu byłyby raczej zgubne. O potencjalnych obniżkach PIT i CIT już mówiliśmy. Tu jednak największym problemem jest VAT.
Co z nim?
Akurat w przypadku podatku VAT Ryszard Petru proponuje wyborcom... podwyżkę. Bo dziś efektywna stawka VAT to ok. 12 proc. A w niektórych grupach społecznych – na przykład wśród emerytów – to nawet poniżej 10 proc. Propozycja 3 razy 16 jest więc niczym innym jak wzmocnieniem regresywności polskich podatków. To znaczy najmocniejszym obciążeniem tych, którzy mają najmniej. Bo VAT tak niestety działa. To podatek kompletnie ślepy na różnice społeczne. I nie od dziś wiadomo, że efektywny VAT na wysokim poziomie charakteryzuje społeczeństwa antyegalitarne.
Liniowy VAT ma jednak tę zaletę, że zmniejsza pole do podatkowych nadużyć.
Oczywiście. Jedna stawka VAT rozwiązuje problem klasyfikacji i przekrętów na stawkach. Ale to tylko część prawdy. Bo każdy praktyk wie, że to nie jest jakiś zasadniczy problem polskiego systemu podatkowego. Dużo poważniejszą kwestią na wspólnym europejskim rynku są tzw. karuzele podatkowe. Przy nich gra stawkami to drobny kłopot.
Ale jednak kłopot?
Podatki to nie jest świat idealny. Tu trzeba rozważyć wszystkie plusy i minusy. Trzeba pamiętać, że jednolity VAT może nam oczywiście uporządkować system i zmniejszyć niepewność po stronie przedsiębiorcy, ale ceną będą mniej sprawiedliwe podatki. Dużo sensowniejszym rozwiązaniem jest więc budowanie lepszej klasyfikacji towarów, od których VAT jest płacony.
Łatwo powiedzieć.
Ale to da się zrobić. Dziś jest na przykład tak, że Ministerstwo Finansów zbyt często traktuje VAT czysto instrumentalnie. Chce osiągnąć jakiś efekt fiskalny, więc obkłada jakiś popularny towar wysoką stawką. W efekcie mamy nielogiczną sytuację, w której na jabłka mamy 7 proc. VAT-u, a na banany 23 proc. I rzeczywiście taki system nie jest zupełnie przejrzysty i bardzo łatwo go wyszydzić. Zwłaszcza że dziwnych interpretacji urzędowych nie brakuje. Jak choćby ta tłumacząca różnice między jabłkami i bananami tym, że z tych pierwszych można zrobić... szarlotkę. Ale temu da się zaradzić, bardziej porządkując klasyfikację. Owszem, zniknie wtedy możliwość ręcznego dobierania stawek pod bieżące potrzeby fiskalne. Ale będą również zyski. Wątpliwości interpretacyjne oczywiście pozostaną, lecz będzie ich dużo mniej.
Spójrzmy na sprawę z innej strony. Czego w polskiej dyskusji o podatkach brakuje?
Od lat wielkim nieobecnym jest podatek katastralny. A więc danina, której wysokość uzależniona jest od wartości nieruchomości. To jest podatek mądry i mający realne uzasadnienie. Bo przecież trudno szukać uzasadnienia, żeby za mieszkanie w Warszawie i Siedlcach płaciło się tak samo niewielki podatek.
Urbaniści bardzo lubią kataster. Twierdzą, że porządkuje przestrzeń publiczną.
To prawda. Z reprezentacyjnych miejsc w centrach miast szybko by zniknęły niedokończone lub nieremontowane ruiny.
A czy podatek katastralny nie doprowadzi do majątkowej segregacji w polskich miastach, które wciąż są dosyć egalitarne?
Niekoniecznie. Można sobie wyobrazić rozmaite modele funkcjonowania takiego podatku. Na przykład różne opodatkowanie nieruchomości mieszkalnych i komercyjnych. Albo uzależnienie podatku od tego, czy jest to dla podatnika jedyna nieruchomość, czy może dziesiąta i zakupiona w celach wyłącznie inwestycyjnych. Rozważania na temat podatku katastralnego to w gruncie rzeczy forma rozmowy o podatku majątkowym. Który prócz funkcji fiskalnej ma też za zadanie zmniejszać społeczne nierówności. Ta debata na Zachodzie coraz bardziej się rozkręca. U nas ciągle jej nie ma.