„Stoją więc w swoich letnich płaszczach, nosy mają zsiniałe z mrozu, nozdrza zamarznięte, ręce zgrabiałe” – pisał Stanisław Cat-Mackiewicz o losie spiskowców z Koła Pietraszewskiego („Dostojewski”).

W końcu pop pospiesznie szepce modlitwy, padają komendy, skazańcy widzą skierowane w nich lufy, pada okrzyk „cel”... I nagle generał zaczyna coś odczytywać. Czyta pół godziny, nie tylko dlatego, że ma wadę wymowy (jąka się). Cesarz jest przecież samodzierżawcą wszechrosyjskim, moskiewskim, kijowskim, nowogrodzkim, kazańskim, smoleńskim, riazańskim, witebskim itd. Ma tych tytułów z pięćdziesiąt. W końcu pada uroczyste „et caetera, et caetera”, a po nim słowa o wspaniałomyślności cara. Bo oto zgodził się zamienić skazańcom kary śmierci na syberyjską katorgę.

Historia ta jak żywa stanęła mi przed oczami w ubiegłym tygodniu, gdy ważyły się losy dużych samorządów skazanych na obowiązkowe przesłanie – już 25 sierpnia – danych o VAT w formacie JPK. Bo niby minister finansów we wtorek wyraził wolę odroczenia tego terminu dla podmiotów publicznych, ale do popołudnia w środę wciąż jeszcze nie podpisał rozporządzenia w tej sprawie. A przecież wola ministra bywa zmienna. Dwa miesiące temu specjalnie wydał interpretację ogólną, w której obwieścił, że wyjątku dla samorządów nie będzie.

W środę biuro prasowe MF informowało, że minister ma jeszcze czas do czwartku, czyli do dnia, w którym należało właśnie przesłać JPK. W czwartek rozporządzenie było już w Rządowym Centrum Legislacyjnym (RCL.gov.pl), ale do 14.00 wciąż jeszcze nie było opublikowane. W końcu się ukazało – pod poz. 1337.

Warszawa, w której funkcjonuje prawie 1 tys. jednostek budżetowych, wzięła czerwcową interpretację ministra na poważnie. Inne też próbowały, ale rzeczywistość je przerosła (brak zaplanowanych środków budżetowych, brak możliwości testowania kupionych aplikacji po 29 lipca).

Część skarbników rwała sobie włosy z głowy, część podeszła do sprawy ze stoickim spokojem, bo niejedno już widzieli.

Zapowiadanego rozstrzelania nie wytrzymały nerwy porucznika gwardii Grigoriewa. Zwariował, gdy przywiązywano go do słupa – pisze Cat-Mackiewicz.

I wspomina taką oto jeszcze historię: pewien król w średniowieczu skazał swego karła na śmierć. Postawiono go na szafocie, położono mu głowę na pieńku, a kat uderzył go po szyi ... kawałkiem kiełbasy. Gawiedź wybuchła śmiechem, lecz karzeł śmiechu nie słyszał. Umarł ze strachu.

Polecany produkt: Jednolity plik kontrolny >>