Skomplikowanie podatków przejawia się w całkiem innym wymiarze: ustalania podstawy opodatkowania, a zanim do tego dojdzie, wyliczania kosztów uzyskania przychodów. W minionym tygodniu DGP podał, że w 2014 r. podatnicy CIT odliczyli 4,76 bln zł kosztów. Jakie zatem musiały być przychody (bo przecież nie wszyscy wykazali stratę)? Z pewnością znacznie wyższe niż PKB, skoro same tylko koszty sięgały niemal jego trzykrotności.

To absurdalne wielkości, niemające nic wspólnego z wypracowanym realnym dochodem. I dzieje się tak nie za przyczyną podatników, bo koszt jest z reguły następstwem przychodu. Nierealnego, podatkowego.

Przykład – przychodem są należności, nie zapłata. I to nawet, gdy dojdzie do przedawnienia. Wierzyciel traci więc podwójnie, bo nie dość, że nie dostał zapłaty, to nie zaliczy przedawnionej wierzytelności zaliczyć do kosztów.

Inny przykład to nominalna wartość udziałów (akcji) w spółce kapitałowej objętych w zamian za nieruchomość, samochód, urządzenie. Słowem, jeśli ktoś sprzeda samochód po upływie pół roku, a nieruchomość po 5 latach, to nie będzie miał przychodu, ale jeśli wniesie je do spółki kapitałowej, to jak najbardziej. Jeszcze gorzej, gdyby przyszło mu do głowy objąć udziały swojego dłużnika, czyli zamienić dług na kapitał. Nie dość, że będzie miał przychód, to jeszcze nie wykaże kosztu.

No i przychód, z którym od roku mamy do czynienia: gdy przedsiębiorca w formie niepieniężnej reguluje swoje własne zobowiązanie, np. z tytułu zaciągniętej pożyczki (kredytu). Inaczej mówiąc, gdy spłaca to, co winien jest innemu.

Musi być przychód, bo inaczej byłyby (i były) nadużycia – powie ktoś. To prawda, ale pamiętajmy, że ich źródłem jest zawsze chęć uniknięcia opodatkowania. Gdyby nie było matrixowych przychodów, nie byłoby prawie 5-bilionowych kosztów.

Zapewne w tym, co napisałam, nie ma niczego odkrywczego. Skąd zatem biorą się ci, którzy łudzą się obietnicą uproszczenia podatków? Wszelkie uproszczenia zawsze niosą ze sobą grozę podwyżki.