Właśnie, po ponad 22 latach z okładem, VAT ma być płacony tam, gdzie jest siedziba firmy lub miejsce zamieszkania jej właściciela. Pomijam zamieszanie, jakie towarzyszy każdej takiej zmianie. Bardziej zastanawia mnie sens jej wprowadzenia.

Rozumiem kłopoty firm, którym lokalny urząd skarbowy dopiekł tak bardzo, że nie marzyły o niczym innym jak tylko o przeprowadzce na drugi kraniec Polski. Było to jak najbardziej możliwe. Należało jedynie wykonać czynności także w innym miejscu kraju, na terenie objętym zakresem działania innego urzędu. Wówczas przestawała obowiązywać zasada „gdzie komin, tam VAT”, a decydowała siedziba przedsiębiorcy (lub jego miejsce zamieszkania). Owszem, wymagało to pewnego wysiłku, ale nie aż tak uciążliwego – na co wskazywały komentarze do ustawy.

Katarzyna Jędrzejewska

Katarzyna Jędrzejewska

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Przez ponad 22 lata zdecydowanie zmieniły się natomiast realia. Fiskus stanął przed wyzwaniami, których w 1993 r. nawet nie przewidywał. Uszczelnianie VAT stało się hasłem zarówno poprzedniej, jak i nowej ekipy rządzącej. Od dłuższego czasu nikt nie mówi w kontekście VAT o niczym innym jak o walce z wyłudzeniami zwrotu podatku i karuzelami podatkowymi.

I oto właśnie dokonuje się rewolucja – podatnicy będą płacić podatek tam, gdzie mają siedzibę. Co powinni zatem zrobić, aby zginąć w gąszczu podmiotów zarejestrowanych dla celów VAT? Nie wypada nawet podpowiadać, fiskus sam już to zrobił.

Być może jednak jest w tej zmianie głębsza myśl, której nam nie ujawnił (a przynajmniej nie w uzasadnieniu do projektu – w tej części wyjątkowo oszczędnym)? Być może, gdy jak muchy zaczęły padać lokalne zakłady, warsztaty i sklepy, okazało się, że pracownicy terenowych organów skarbowych mają niewiele do roboty? To całkiem możliwe, sądząc po wizytach w jednym z podwarszawskich urzędów. Teraz przynajmniej odnajdą sens swego działania – zaczną kontrolować indywidualnych przedsiębiorców. Bo miejsce zamieszkania nie tak łatwo zmienić jak siedzibę.