Mam jednak wrażenie, że rząd sam przyłożył rękę do werdyktu. W przesłanym do TK na cztery dni przed rozprawą (sic!) stanowisku przedstawił argumenty, które mogły wskazywać, że albo ignoruje sprawę, albo nie rozumie jej istoty, albo zakpił z trybunału.

Przypomnijmy, spór toczył się o to, do jakiej wysokości roczny dochód powinien być zwolniony z PIT, by podatnik mógł mieć zapewnione minimum egzystencji. Interweniując w tej sprawie, rzecznik praw obywatelskich mówił o „ubóstwie”, „minimum socjalnym”, „niezbędnych potrzebach”, „progu interwencji”. Sędzia Mirosław Granat użył w uzasadnieniu wyroku bardziej dosadnego określenia – nędza. Co na to rząd? W stanowisku przesłanym do TK poinformował – jak zawsze zresztą, gdy mowa o podatkach – o wszystkich ulgach dostępnych podatnikom. A zatem także o możliwości odliczania darowizn, wydatków na nabycie nowych technologii, wpłat na indywidualne konto zabezpieczenia emerytalnego (IKZE), ulgach na internet i abolicyjnej.

Czyżby sądził, że osoba, która sama potrzebuje wsparcia, rozdaje na prawo i lewo pieniądze, inwestuje w nowe technologie (notebene w 2014 r. skorzystało z tej ulgi w Polsce 37 podatników PIT), wpłaca nadwyżki na IKZE albo właśnie wróciła z emigracji zarobkowej?

Oczywiście podatnik może też skorzystać z ulgi na dzieci, czego rząd nie omieszkał przypomnieć. Jeśli jednak ma dwójkę dzieci i na każde z nich odlicza miesięcznie 92,67 zł, to w sumie odejmie rocznie od podatku ponad 1112,04 zł. Od podatku! A mówimy przecież o rocznym dochodzie 3089 zł, czyli o kwocie, od której podatek jest dwukrotnie niższy. Ulga na jedno dziecko zależy od zarobków (nie mogą przekroczyć rocznie 112 tys. zł, a u osoby samotnej 56 tys. zł), więc tym bardziej nie ma o czym mówić.

Mam wrażenie, więcej – pewność, że nie tych podatników miał na uwadze rzecznik, interweniując w sprawie minimum egzystencji.