Sprawa jest prosta. Jakiś czas temu państwo nałożyło akcyzę na energię produkowaną przez elektrownie. Niesłusznie, nie miało do tego prawa. Ale elektrownie ją płaciły. Oczywiście wkalkulowały ją też w cenę prądu. Potem upomniały się o zwrot pieniędzy. Na próżno, bo jak – słusznie chyba – zauważyły sądy administracyjne i cywilne, ciężar ekonomiczny podatku poniósł kto inny. My.

Gdyby zwrócić akcyzę elektrowniom, wzbogaciłyby się naszym kosztem. Byłoby tak, jakby opodatkowały nas na swoją rzecz niezależnie od tego, że i tak nie dokładają do interesu. Może więc my powinniśmy ją odzyskać? Dobra myśl, ale... Zwrot podatku może otrzymać podatnik, a my w sensie formalnym, ustawowym nim nie jesteśmy, chociaż na akcyzę łożymy. Koło się zamyka. Zgrzytanie zębami jest całkiem na miejscu, proszę się nie krępować.

W sądach administracyjnych nic już raczej nie wskóramy. Ale jest jeszcze procedura cywilna i może powinni o niej pomyśleć zwłaszcza ci, którzy sporo płacili za prąd (duże firmy, fabryki itp.) i mają na dobrego adwokata. Jest w końcu w kodeksie cywilnym coś takiego jak bezpodstawne wzbogacenie: „Kto bez podstawy prawnej uzyskał korzyść majątkową kosztem innej osoby” (tu klienta płacącego za energię), musi tę korzyść zwrócić lub zapłacić równowartość.

Na razie jednak wygrany jest tylko jeden. Skarb Państwa. Ten sam, który nałożył akcyzę niezgodnie z prawem. Jedyna kara, jaka go za to spotkała, to mitręga sądowa. Ale za kilkanaście miliardów warto się chyba potrudzić. A nam na osłodę zostaje to, że budżet nie musi się biedzić w poszukiwaniu tych pieniędzy. Bo przecież mogłoby mu przyjść do głowy, że najszybciej znajdzie je... w naszych kieszeniach.