W ubiegłym tygodniu informowaliśmy na łamach DGP o próbie wykorzystania jednolitego pliku kontrolnego (JPK) i systemu STIR nie tylko do celów fiskalnych, ale i do piętnowania nierzetelnych kontrahentów biznesowych, od których płatniczy zator się zaczyna.

Pod koniec września opisaliśmy szczegółowo projekt zakładający m.in. dwukrotne skrócenie (z 60 dni do 30) maksymalnego terminu, w jakim podmioty publiczne będą musiały spłacać swoje zobowiązania. Przewidziano też kary dla tych, którzy będą umyślnie unikać regulowania płatności (projekt autorstwa Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii).

Na szczęście żaden z pomysłodawców nie wpadł na pomysł rozwiązywania problemu za pomocą ustaw podatkowych. Dość przypomnieć kompletnie nietrafione regulacje, które od 2013 r. nakazywały kupującym po upływie określonego terminu „wyrzucać” z podatkowych kosztów zaksięgowane już, a nieopłacone wydatki. A że terminów było kilka (zależnie od umówionej przez kontrahentów daty zapłaty), więc pilnowanie ich i korygowanie kosztów w odpowiednim czasie stało się prawdziwą udręką dla służb finansowych w niejednej firmie.

Zatorów w żaden sposób to nie ograniczyło, jedynym zyskującym był budżet państwa, bo zarabiał dwukrotnie – na wierzycielu i na dłużniku. Po czterech latach rząd i Sejm zrezygnowały z tego nieudanego eksperymentu. Na szczęście.

Warto jednak zwrócić uwagę na inne rozwiązanie, które od lat istnieje w przepisach podatkowych – ulgę na złe długi w VAT. Jest nieskomplikowana, a odkąd wierzyciel nie musi już zawiadamiać dłużnika o zamiarze skorzystania z tej preferencji, stała się wręcz banalnie prosta.

Od dwóch lat ta sama ulga jest zapowiadana w PIT i CIT. I co? I nic. Niedawno projekt doczekał się w końcu skierowania do konsultacji publicznych. Co z niego wyjdzie? Nie wiadomo. W tym samym czasie Ministerstwo Finansów zgłosiło, a rząd przyklepał, co najmniej kilka innych nowelizacji ustaw o PIT i CIT (pięć z nich trafiło do Sejmu w samym tylko wrześniu).

Dlaczego klonowanie ulgi na złe długi idzie tak opornie? Niestety odpowiedź wydaje się oczywista – to korzyść dla wierzycieli, ale nie dla budżetu. Bo cóż ma z tego fiskus, że sprzedający odzyska VAT, a kupujący go nie odliczy? Nic. A transakcja była.