Gdyby porównać stawki podatku PIT dziś i w 2001 r., okazałoby się, że fiskus zabiera nam mniej niż wtedy. Ale to nieprawda. Zabiera znacznie więcej. Bo PIT to tylko 15 proc. obciążeń, jakie nakłada na nas państwo.
Reklama
Z każdego zarobionego złotego do budżetu państwa, na konta ZUS oraz w formie składki zdrowotnej oddajemy około 30 groszy (dodatkowe 16 groszy trafi w większości przypadków do budżetu w formie VAT pobranego przy dokonywanych przez nas zakupach). Raz nieco mniej, innym razem więcej, w zależności od tego, jak wysokie mamy dochody. Skala tych obciążeń to bez VAT mniej więcej od 24 do ponad 35 proc. To stosunkowo dużo. Szczególnie że na zapłaceniu składek i PIT nasze kontakty z fiskusem wcale się nie kończą. W tym roku oddamy ponad 264 mld zł. PIT stanowi w tej kwocie zaledwie nieco ponad 40 mld zł, czyli około 15 proc. Pozostała część to inne podatki. Przede wszystkim VAT i akcyza, które stanowią 74 proc. tego, co wpłacimy w tym roku na konta fiskusa. Oznacza to, że dziś znacznie więcej podatku płacimy przy sklepowych kasach, niż zabiera nam fiskus bezpośrednio z pensji.
Porównanie obciążeń podatkowych w roku 2001 i 2011 / DGP
O tym, że skala bezpośredniego opodatkowania naszych dochodów spada, łatwo się przekonać, dokonując prostego porównania płaconego dziś PIT i składek z tymi, które zapłaciliśmy w 2001 roku. Od razu widać, że poziom obciążenia naszych dochodów jest znacznie niższy. Przed 10 laty z każdego zarobionego złotego osoba zarabiająca 1 tys. zł miesięcznie musiała oddać 28 gr. Dziś jest to już tylko 24 gr. Te cztery grosze różnicy oznacza obniżenie opodatkowania takiej osoby o 16,6 proc. W przypadku lepiej zarabiających różnica ta jest jeszcze większa. Przy 5 tys. zł miesięcznie jest to już 12 gr różnicy, czyli 41,3 proc. mniej niż w 2001 r., a dla zarabiającego 10 tys. zł miesięcznie – 17 proc. mniej.
Jak wzrastają dochody podatkowe / DGP

Reklama
Te różnice to przede wszystkim efekt zmiany skali podatkowej. W 2001 r. obowiązywała trzystopniowa skala podatkowa ze stawkami 19, 30 i 40 proc. Z najniższej stawki korzystały osoby, u których dochód wynosił nie więcej niż 37 024 zł rocznie. Od nadwyżki ponad tę kwotę trzeba było płacić 30 proc. podatku. I tak aż do momentu, w którym nasze dochody osiągnęły 74 048 zł. Po przekroczeniu tego progu od nadwyżki płaciło się już 40 proc. podatku. Dziś najniższa stawka to 18 proc. Co więcej, można ją płacić tak długo, aż nasze dochody nie przekroczą 85 528 zł rocznie. Dopiero od nadwyżki ponad tę kwotę trzeba płacić wyższy PIT. Ale i tak niższy niż ten płacony w 2001 r. Bo najwyższa stawka to dziś 32 proc. Co więcej część osób fizycznych będących przedsiębiorcami może płacić podatek według stawki liniowej, co oznacza, że bez względu na wysokość uzyskanych dochodów podatek ten zawsze pobierany jest według tej samej stawki, która wynosi obecnie 19 proc.
Ale nie same podatki wpłynęły na zmianę w skali obciążeń między rokiem 2001 i 2011. Przyczyniła się do tego także obniżka składki rentowej. W 2001 r. wynosiła ona po stronie pracownika 6,5 proc. Dziś wynosi tylko 1,5 proc. Co prawda składkę tę niedawno podniesiono, ale podwyżka ta obciążyła kieszenie pracodawców, nie ma zatem wpływu na wysokość obciążeń po stronie pracowników najemnych.

W 2010 roku w formie różnego rodzaju podatków statystyczny Polak wpłacił do kasy państwa 5826 zł. W roku 2000 było to 3127 zł

Po kieszeniach uderzyła nas za to inna składka. Zdrowotna. W 2001 roku wynosiła 7,75 proc. podstawy jej wymiaru. Dziś jest to już 9 proc. Mimo tej podwyżki i tak dziś płacimy z tytułu PIT i składek ubezpieczeniowych mniej niż przed 10 laty. I to nawet mimo że wówczas można było korzystać z o wiele szerszego katalogu ulg podatkowych niż dziś. Wystarczy powiedzieć, że w 2001 roku można było odliczyć m.in. takie wydatki, jak prywatna opieka medyczna, koszty dojazdu dzieci do szkół, zakup przyrządów i pomocy naukowych (w tym komputerów i książek), remont własnego mieszkania lub domu, dokształcanie się. Można też było korzystać z wysokich odliczeń w związku z zakupem własnego M (od podatku można było odliczyć w granicach waloryzowanego limitu 19 proc. wydanej kwoty, w sumie ponad 30 tys. zł). Dziś zamiast tamtych ulg powszechnie dostępne są dwie. Ulga na dzieci i likwidowana od przyszłego roku ulga na internet. Nie oznacza to jednak, że skala obciążeń podatkowych jest niższa dziś niż wtedy.



Jest dokładnie odwrotnie. I jest to możliwe, mimo że obciążenia z tytułu PIT spadły. Drenowanie naszych kieszeni w coraz większym stopniu przejmują podatki pośrednie. I wbrew powszechnemu przekonaniu nie dotyczy to tylko VAT. Skutki jego podwyżki mieliśmy wątpliwą przyjemność odczuć przed rokiem. Dotyczy to także stale rosnącej akcyzy, która pobierana jest nie tylko od papierosów i wyrobów alkoholowych, lecz także od chętnie kupowanych w ostatnim dziesięcioleciu samochodów osobowych, paliwa kupowanego na stacjach benzynowych czy też – z czego najmniej zdajemy sobie sprawę – od energii elektrycznej. Akcyza to już niemal połowa tego, co budżet pobiera w formie VAT.
Musimy też pamiętać, że minister finansów wcale nie musi podnosić obciążeń, żeby zapewnić sobie co roku wyższe wpływy podatkowe. Suma zapłaconych podatków rośnie, bo – w wielkim skrócie rzecz ujmując – rośnie PKB, mamy inflację (rosną zatem ceny), a w konsekwencji wzrastają nasze dochody i kwoty wydawane na zakupy. Część z nich to podatki. Przez cały czas stosunek wpłat podatkowych do PKB utrzymuje się na w miarę stałym poziomie i waha się między 15 a 17 proc.
W 2010 roku w formie różnego rodzaju podatków z naszych kieszeni do kasy państwa trafiło ponad 222,5 mld zł. To tak jakby każdy statystyczny Polak, bez względu na wiek i swoje możliwości zarobkowe, wpłacił do kasy państwa 5826 zł. Jeśli przeliczyć to na liczbę osób pracujących i płacących podatek dochodowy, byłoby to już niemal 9270 zł na osobę. W roku 2011 w sumie było to już niemal 243 mld zł. Oznacza to, że w 2011 roku każdy Polak zapłacił niemal 6400 zł podatków (10 112 zł na każdą osobę pracującą). W 2000 roku do kasy państwa statystyczny Polak wpłacał zaledwie 3127 zł podatku.
W 2012 roku mamy do budżetu zrzucić się na kwotę niemal 265 mld zł, czyli wrzucimy do wspólnego koszyka o 10 proc. więcej niż rok wcześniej. Dla porównania w 2001 r. było to zaledwie 119 mld zł. W dziesięć lat wpłacana przez nas do budżetu państwa kwota wzrosła zatem o 122 proc.
W sumie w ciągu tych 10 lat (w okresie od 2001 do końca 2011 roku) do budżetu wpłaciliśmy ponad 1,8 bln zł. Aby sobie uzmysłowić wysokość tej kwoty, wystarczy powiedzieć, że można by za nią zbudować 33 najnowsze lotniskowce o napędzie atomowym (Stany Zjednoczone mają ich 11, a najnowszy ma kosztować bagatela 15 mld dolarów). Jeśli chodzi zaś o pozamilitarne przykłady, kwota ta wystarczyłaby na wybudowanie około 60 tys. km autostrad (to tak jakby przebudować na autostrady jedną czwartą wszystkich dróg w Polsce) lub 180 tys. przedszkoli (średni koszt jednego to około 10 mln zł). To daje wyobrażenie, jak dużo przekazujemy z własnych kieszeni do budżetu państwa. Ale też trzeba sprawiedliwie przyznać, że większość wydatków pochłaniają świadczenia socjalne, w tym renty i emerytury (dotacja do FUS).