Temat projektu dotyczącego opodatkowania zamkniętych funduszy inwestycyjnych należy ostatnio do szeroko dyskutowanych w mediach. Pojawiło się sporo wypowiedzi, koncentrujących się na wykazywaniu szkodliwości pomysłu opodatkowania funduszy inwestycyjnych dla całej branży lub poszczególnych jej segmentów. Głos zabierają – bardzo słusznie - zarządzający funduszami notowanymi na giełdzie, sekurytyzacyjnymi, czy też nieruchomościowymi.
Reklama



Wszyscy są zgodni, że jeśli prawdziwym celem nowych przepisów jest walka z brutalną optymalizacją podatkową, to nietrafione wydaje się opodatkowanie wszystkich funduszy zamkniętych. Wystarczy tak skonstruować rozwiązanie, aby nowa regulacja precyzyjnie dotyczyła przychodów z lokat funduszy w udziałach lub akcjach spółek zwolnionych z podatku dochodowego. Według stanu na dzień dzisiejszy, będzie to dotyczyć jedynie spółek zagranicznych, gdyż po zmianie przepisów wprowadzających CIT dla spółek komandytowo-akcyjnych, w Polsce nie ma już spółek neutralnych podatkowo, w których fundusze mogłyby zgodnie z przepisami lokować swoje aktywa.

Wbrew niektórym prezentowanym w dyskusji poglądom, liczba uczestników takich funduszy nie ma w tym wypadku żadnego znaczenia. Podobnie jak kwestia ich aktywnego zarządzania przez TFI. Fundusze sekurytyzacyjne są najlepszym przykładem, że istnienie jednego uczestnika, który dodatkowo ma spory wpływ na działalność funduszu (poprzez kompetencje zgromadzenia inwestorów) nie oznacza wcale chęci optymalizacji.

Zwróćmy uwagę, że fundusze sekurytyzacyjne nie stanowią wygodnego rozwiązania. Wymagają przecież współpracy z TFI, zezwolenia KNF na powierzenie zarządzania nim wyspecjalizowanemu podmiotowi, współpracy z depozytariuszem, wypełniania obowiązków informacyjnych względem KNF, itp. Prawdziwą przyczyną ich popularności jest to, że z uwagi na przepisy podatkowe i dotyczące tajemnicy zawodowej, banki preferują sprzedaż wierzytelności do tego typu podmiotów. O żadnej chęci optymalizacji podatkowej nie ma tu zatem mowy.

Na marginesie należałoby zapytać, czy faktycznie tak zwana twarda optymalizacja powoduje, że pieniądze opuszczają polską gospodarkę i nie tworzą żadnej wartości dodanej?

Mam wątpliwości co do tego. Środki ulokowane w tych funduszach niekoniecznie muszą wypływać z Polski i trafiać do rajów podatkowych z przeznaczeniem na konsumpcję przez bogatych beneficjentów. Sądzę raczej, że są one inwestowane w inne produkty inwestycyjne, w tym polskie fundusze, rozwój spółek z danej branży, różnego rodzaju inwestycje, nowe linie technologiczne, miejsca pracy, itp. Wydaje się, że poselski projekt nie uwzględnia tego faktu. Bazuje on na prostym założeniu, że skoro nie można w sposób oczywisty nałożyć i pobrać podatku od razu, mamy do czynienia z czymś złym, służącym uniknięciu opodatkowania i nie wpływającym na rozwój gospodarki, czyli także na zwiększenie wpływów do budżetu.

O tym, że wokół dobrych rozwiązań mogą powstać branże, tworzące miejsca pracy i zapewniające dochody budżetowe świadczy niewątpliwie rozwój rynku funduszy zamkniętych w ostatnich latach. Natomiast przykładem jak łatwo można taki sektor osłabić i pozwolić na wyparcie rodzimych produktów przez zagraniczne odpowiedniki świadczy chociażby przykład opodatkowania spółek komandytowo-akcyjnych i znalezienia luksemburskich zamienników pozwalającymi na osiągnięcie tego samego efektu. Skutek? Struktury podatkowe jak były, tak są. Ale to inne podmioty zarabiają na ich wprowadzaniu i to skarb innego państwa cieszy się wpływami z podatków z tego tytułu. Warto o tym pamiętać zanim pochopnie osłabi się podatkami branżę, o której rozwój przez lata staraliśmy się dbać, i która jak dotąd skutecznie opiera się globalizacji i zalewowi produktów importowanych z Europy Zachodniej.

Mec. Artur Zapała, Partner kancelarii SPCG, specjalizujący się w prawie rynków kapitałowych