Obowiązująca od ośmiu lat ulga prorodzinna nie przełożyła się na zwiększenie liczby dzieci. Wprowadzono więc nowe regulacje.
Kilka lat temu, z początkiem 2007 r. prawodawca podatkowy wprowadził ulgę prorodzinną, która miała zachęcać obywateli do walki z kryzysem demograficznym poprzez posiadanie dzieci. Niestety od samego początku można się było domyślać, że owszem, jest to miła niespodzianka dla rodziców płacących podatki, ale z pewnością nie może w istotny sposób wpłynąć na dzietność Polaków.
Reklama

Reklama
Jakby tego było mało, powszechne niezrozumienie charakteru takiej ulgi po stronie polityków, którzy najwyraźniej nie mają świadomości, że nie jest to wsparcie podatkowe o charakterze socjalnym a prorodzinnym, spowodowało wprowadzenie zmian, które wprawdzie poprawiły nieco sytuację rodzin z trójką i większą liczbą dzieci, ale jednocześnie wyłączyły możliwość jej stosowania przez dużą grupę podatników. Najgorsze jest jednak to, że tego rodzaju ulga ma charakter pasywny, tj. daje pewne korzyści podatnikom, którzy już mają dzieci, ale nie stwarza warunków do tego, aby decyzja o ich posiadaniu była łatwiejsza (bo przejawem totalnej naiwności byłoby myślenie, że ktokolwiek potraktuje ją jako zachętę do posiadania dzieci).
Zgłaszane problemy
Tym, co niejednokrotnie jest podnoszone przez młode małżeństwa podczas dyskusji o planowaniu rodziny i świadomego rodzicielstwa, jest kwestia kariery, a czasem braku możliwości przerwania (zawieszenia) wykonywania pracy przez Polki po to, by zająć się opieką nad małymi dziećmi. Powszechne są także problemy, w tym finansowe, z zapewnieniem pieczy nad dzieckiem w czasie gdy rodzice przebywają w pracy. Z jednej bowiem strony jest to problem ograniczonych możliwości dostępu do placówek czy żłobków publicznych, z drugiej koszty korzystania z prywatnych jednostek czy tym bardziej prywatnych opiekunek.
Dotychczasowe rozwiązania podatkowe w żaden sposób nie stymulują pracodawców do stwarzania swoim pracownikom warunków, w których rodzicielstwo nie wymuszałoby dłuższych przerw w pracy i nie występowałyby konflikty pomiędzy byciem dobry rodzicem i byciem dobrym pracownikiem.
Bez wątpienia niezbędne są systemowe narzędzia fiskalne, które oddziaływałyby nie tylko na podatników, powodując że wydatki związane z wychowaniem dzieci mogłyby obniżać zobowiązanie podatkowe lub otrzymywane świadczenia nie podlegałyby opodatkowaniu podatkiem dochodowym, ale również na ich pracodawców. W szczególności pracodawcy powinni zyskać możliwość rozliczania w kosztach podatkowych wydatków, jakie ponoszą w związku z rodzicielstwem pracowników – i powinien to być plan minimum prawodawcy podatkowego.
Duże oczekiwania
Oczekiwania pracodawców i podatników są duże. Specjaliści (i nie chodzi tutaj tylko o podatkowców) raczej nie mają wątpliwości co do tego, że potrzebne są szerokie i skoordynowane działania, ale póki co dostajemy rozwiązania podstawowe, czy raczej częściowe, a co gorsza, niepozbawione wad. Pozostaje mieć nadzieję, że to jest początek zmian i że w ślad za nimi nie tylko pójdą ewentualne poprawki w tych regulacjach, które już od 1 stycznia przyszłego roku wejdą w życie, ale bardziej zdecydowane zmiany, a przez to bardziej efektywne rozwiązania.
Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że prawodawca, wprowadzając od początku 2016 r. nowe przepisy podatkowe, działa w pewien sposób z premedytacją, bo dzięki temu, że do szkół poszły sześcioletnie dzieci, ewentualne korzyści podatników związane z opieką przedszkolną spowodują mniejsze obciążenie dla Skarbu Państwa. Jednocześnie być może ma to być forma swoistej rekompensaty dla tych rodziców, których dzieci są obecnie w żłobku czy przedszkolu, a które za rok lub kilka lat pójdą do szkoły w wieku sześciu lat.