Mam wrażenie, że w ostatnich miesiącach Ministerstwo Finansów wykazuje odrobinę więcej empatii w stosunku do podatników. Nie żeby od razu podzielało wszystkie ich troski i bolączki, zwłaszcza te dotyczące zawiłości przepisów i kontaktów z administracją skarbową. Albo też żeby podjęło jakieś spektakularne decyzje czy działania.
Ale garść korzystnych ogólnych interpretacji podatkowych (choćby niektóre zostały w jakiejś mierze wymuszone przez sądy) czy niektóre propozycje zmian w ustawach, np. w uldze na dzieci (nawet jeśli wpisują się jakoś w kalendarz wyborczy), trzeba przecież odnotować i zapisać MF na plus. Jest jednak prosty test, który potwierdzi, czy ministerstwo ma naprawdę dobrą wolę, czy to tylko złudzenie. Test przygotował Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Orzekł on w miniony czwartek, że to sąd danego państwa UE powinien rozstrzygać, jak to jest (z podatkami), gdy mamy do czynienia z papierowym oraz elektronicznym egzemplarzem książki. Czy wciąż mamy tę samą książkę (są to więc produkty tożsame), czy jednak dwie różne. Oczywiście trudno zaprzeczyć, że papier i np. plik w dowolnym formacie to odmienne nośniki. Ale kluczowe jest pytanie, czy liczy się – zwłaszcza dla konsumentów - istota produktu, czy to, w co został wciśnięty lub opakowany. Treść czy forma. Konsekwencje? W pierwszym przypadku nie tylko nie ma przeszkód, by zaakceptować jednakowe stawki VAT (czyli np. obniżyć tę na e-booki), zasada neutralności tego podatku wręcz nakazywałaby to zrobić, w drugim – można żyć ze zróżnicowanymi stawkami.
Skoro jednak sąd może dokonywać takiej oceny – wczuwać się w konsumenta i niejako decydować za niego – i wywodzić z niej skutki podatkowe, to moim zdaniem ustawodawca tym bardziej. I to jest kluczowa sprawa. Co w tej sytuacji zrobi nasz ustawodawca, nie wiadomo. A co mu zaproponuje ministerstwo?