Krzysztof Jedlak kierownik działu podatki

Krzysztof Jedlak kierownik działu podatki

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

W praktyce chodzi najczęściej o umorzenie części zobowiązań, np. odsetek albo odsetek i w jakiejś mierze kwoty głównej kredytu czy pożyczki.

Eksperci i bankowcy wskazują, że wadliwe – tj. wymagające zmiany – są przepisy i stanowisko fiskusa, które mówią, że umorzenie stanowi przychód do opodatkowania. Moim zdaniem nie ma jednak wątpliwości, że na gruncie obowiązujących regulacji zwolnienie dłużnika zarówno z części zasadniczego długu, jak i z odsetek oznacza dla niego przysporzenie podlegające PIT. Część ekspertów próbuje bronić wprawdzie stanowiska, że umorzone odsetki nie są przychodem podatkowym (ponieważ podatnik niczego w tym wypadku nie otrzymał, a byłby jedynie zobligowany do poniesienia opłaty za korzystanie z kapitału), ale chyba niesłusznie. Na stan naszego majątku ma bowiem wpływ nie tylko to, co dostaliśmy, jak np. pieniądze z banku, lecz także to, co jesteśmy innym winni. Pomniejszenie tej drugiej pozycji oznacza, że nasze aktywa netto rosną, więcej zostaje dla nas.

Z drugiej strony nie ma też racji Ministerstwo Finansów, wskazując, że w ogóle problemu nie ma, ponieważ podatnik, który został zwolniony z długu, a nie stać go na zapłatę podatku od takiego przysporzenia, może zwrócić się do urzędu o rozłożenie należnej daniny na raty czy o jej umorzenie. Teoria się zgadza, praktyka niekoniecznie. Urzędy do takich działań skłonne nie są i wiadomo to od dawna.

Oczywiście, podatnik i tak wychodzi – przynajmniej na papierze – na swoje. Po umorzeniu np. odsetek w wysokości 100 zł, ma do zapłaty 18 zł PIT, per saldo więc jego zobowiązania topnieją o 82 zł. Nie brzmią przy tym zbyt wiarygodnie argumenty, że wielu podatników z powodu opodatkowania umorzeń (i konieczności zapłaty daniny) nie chce na nie przystać, a co za tym idzie restrukturyzacja ich długów nie jest możliwa. Można jednak zrozumieć banki, które darują 100 zł odsetek i chciałyby szybciej odzyskać resztę należności, a to jest oczywiście trudniejsze, gdy dłużnik musi znaleźć pieniądze na rozliczenie z fiskusem.

Na pewno jednak są i takie przypadki, gdy podatnika nie stać ani na zwrot 100 zł, ani – po umorzeniu tej kwoty – na zapłatę 18 zł PIT. Oczywiście, skoro tak, to raczej nie jest też w stanie uregulować kwoty głównej kredytu i całe porozumienie z wierzycielem jest mocno wątpliwe.

Systemowe rozwiązania powinny iść w tę stronę, by w takich wypadkach trzy zainteresowane strony: podatnik, kredytodawca i fiskus, mogły usiąść razem do stołu i zawrzeć kompleksową ugodę, wyważając wzajemnie interesy. Pytanie jednak, czy taka wizja, w której urząd jest – także dla dobra sprawy i z korzyścią dla publicznego budżetu – partnerem do rozmowy i chce oraz może działać elastycznie jak, nie przymierzając, bank, nie jest zbyt piękna, aby mogła być możliwa.