Gdy lata temu powstawał wywiad skarbowy, pokładałem w nim wielkie nadzieje. Zapewne nie ja jeden. Któż nie słyszał – ja słyszałem na własne uszy na sali sądowej – o szczerych zeznaniach przestępców, którzy ze zbolałą miną tłumaczą, że do niczego nie doszli.

Terenówka należy do babci, która ciułała na nią całe życie i nawet nie zdążyła zrobić prawa jazdy, dom wybudowała rodzina żony, wyjątkowo liczna, pracowita i przysłowiowo wręcz oszczędna, na kontach widnieje debet, bo wszędzie mamy kryzys, a dolary znalezione przy zatrzymaniu to własność okolicznych biznesmenów, którzy razem z oskarżonym myślą o założeniu fundacji charytatywnej – bo trzeba mieć jakiś cel i robić coś dla innych. Byli też inni, których urzędnicy bali się podobno nawet pytać, czy i jakie podatki płacą – a tym bardziej od czego.

Pospolita przestępczość (nawet na wielką skalę) to jedno, przestępczość białych kołnierzyków, nierzadko bardzo wyrafinowana, korzystająca z nowoczesnych technologii i ze zdobyczy inżynierii finansowej, to drugie. No i na dodatek zwykła szara strefa, tyle że pęczniejąca: usługi budowlano-remontowe i inne, nielegalna produkcja i handel wyrobami akcyzowymi, przemyt etc. Strumienie nieopodatkowanych pieniędzy, czasem ogromne. I bezradny fiskus, który zazwyczaj niczego nie wiedział, nie widział, nie słyszał – a w każdym razie nie mógł. Są też jeszcze miliony zwyczajnych podatników, harujących, zarabiających zazwyczaj tak sobie i co do grosza oddających cesarzowi co cesarskie.