Zamożni pomagają utrzymać biedniejszych – tak w największych skrócie można opisać funkcjonowanie tzw. janosikowego, czyli pieniędzy, jakie bogate samorządy muszą co roku przekazywać mniej zamożnym jednostkom. Tylko najbiedniejsze gminy mają w tym roku otrzymać z tego tytułu 651 mln zł. Ale w przyszłości ten zastrzyk gotówki może być znacznie mniejszy – sejmowa komisja ds. samorządu terytorialnego pracuje równolegle nad dwoma projektami przepisów (obywatelskim i poselskim) znacznie ograniczającymi wysokość janosikowego. – To nas pogrąży. Odbije się na oświacie i inwestycjach w infrastrukturę – straszą przedstawiciele biednych. – Mamy mnóstwo własnych problemów, nie stać nas na finansowanie problemów innych – ripostują bogatsi.

Związek Gmin Wiejskich RP dokonał wyliczeń, z których wynika, że po wprowadzeniu zmian w przepisach wpłaty dokonywane przez 110 najbogatszych gmin i miast na rzecz tych najbiedniejszych spadną drastycznie – do zaledwie 237 – 260 mln zł. – W skrajnym przypadku możemy mówić o utracie dwóch trzecich wpływów z tej części subwencji – twierdzą eksperci ZGW RP. I przypominają, że poselski projekt zmian w janosikowym opiera się na zamianie algorytmu wyliczania dopłat tak, aby nie przekraczały one 30 proc. dochodów „ofiarodawcy”.

Zmiany szczególnie boleśnie odczuć mogą ubogie samorządy ze ściany wschodniej. – Wydatki na oświatę wyniosły w zeszłym roku aż 7 mln zł, z czego 5 mln zł pochodziło z subwencji oświatowej. Brakujące 2 mln zł musieliśmy wyłożyć z własnej kieszeni, w czym pomogło nam m.in. janosikowe – tłumaczy Lidia Mazur, skarbnik Józefowa nad Wisłą w woj. lubelskim. W ubiegłym roku gmina dostała z tego tytułu ponad 227 tys. zł, a w tym liczy na 100 tys. zł więcej.

Zdaniem Lidii Mazur zarówno Józefów nad Wisłą, jak i inne gminy wspomagane dotacjami od bogatszych po zmianie przepisów znajdą się w poważnych tarapatach. – Odbije się to nie tylko na oświacie, lecz także na inwestycjach, np. na remontach dróg czy funduszach sołeckich, z których mieszkańcy mogą zdobywać środki np. na budowę placów zabaw czy chodników – wymienia skarbnik z Józefowa.

Ale rzeczowych argumentów w walce o janosikowe używają także bogaci, którym konieczność wypłacania pieniędzy uboższym coraz bardziej daje się we znaki. Warszawa w tym roku na część gminną janosikowego ma wpłacić prawie 320 mln zł, a „rachunek” za janosikowe dla całego woj. mazowieckiego opiewa na 659 mln zł – urząd marszałkowski musi zaciągać na ten cel kredyt.

Problem w coraz większym stopniu dotyczy również niewielkich acz zamożnych gmin. – Rocznie na dopłaty muszę przekazać 200 tys. zł. Przy budżecie na poziomie 17 mln zł jest to dla gminy spory wysiłek – mówi Tomasz Bystroński, wójt Nowosolnej w woj. łódzkim.

Zdaniem niezależnych ekspertów rzeczywisty problem janosikowego nie sprowadza się do jego wysokości, lecz do tego, jak funkcjonuje cały system. – W Polsce nadal nie nastąpiła decentralizacja finansów publicznych. Mamy za to dekoncentrację, w której gminy otrzymują zadania własne, ale muszą prosić rząd o dodatkowe pieniądze na nie – mówi dr Grzegorz Szczodrowski, ekspert od finansów publicznych Instytutu Sobieskiego. – Gdyby była prawdziwa decentralizacja, janosikowe nie byłoby potrzebne – dodaje. Choć jednocześnie nie ma złudzeń, że pieniądze do biedniejszych gmin i tak będą spływać innymi kanałami. Niekoniecznie pod szyldem janosikowego.

Bogatsze gminy biorą kredyty, aby dać wsparcie tym biedniejszym

W Niemczech mówią na to Solidarpakt
Debata o zasadności janosikowego trwa także w Niemczech. Samorządy z zachodniej części kraju lobbują za zniesieniem podatku solidarnościowego, poprzez który finansowany jest rozwój ośrodków w byłej NRD. Po kryzysie finanse wielu miast na wschodzie są w lepszym stanie niż na zachodzie.
Na czele frondy stanęły zadłużone, biedniejące miasta z Zagłębia Ruhry, takie jak Dortmund i Oberhausen.
Rocznie miasta i gminy z zachodu dopłacają do dawnej NRD 10 mld euro. Niemieckie janosikowe to element paktu solidarnościowego, który zaczął obowiązywać w 1995 r., a w 2004 r. został przedłużony na kolejne 15 lat. – System jest absurdalny. Dla nas pakt nie skończy się w 2019 r., ponieważ przez kolejne dekady będziemy spłacać zaciągnięte w tym celu długi – mówi rozgłośni Deutsche Welle Joerg Stuedemann z dortmundzkiego ratusza. – Musimy przedyskutować kwestię budżetów miast i gmin, bo dziś nie stać nas na bieżącą naprawę ulic – dodaje.
Tymczasem pieniądze z Solidarpakt idą właśnie na rozbudowę infrastruktury na wschodzie, co doprowadziło do paradoksalnej sytuacji, że autostrady na terenie nowych landów są często w znacznie lepszym stanie niż nieremontowane od lat drogi po drugiej stronie Renu. Pakt wpędził niektóre samorządy w poważne kłopoty finansowe. Dług Dortmundu urósł już do 2 mld euro, miasto powoli się wyludnia, a dezindustrializacja wpędziła w bezrobocie niemal 20 proc. populacji.
Dawna linia podziału na bogaty zachód i biedny wschód powoli ustępuje podziałowi na biedniejącą północ i bogacące się południe. Niemcy nazwali nową linię Weisswurstaequator równikiem białej kiełbasy, popularnej na południu, za to praktycznie nieznanej na północy. Linia do tej pory symbolicznie dzieliła Niemcy także religijnie (katolicy i protestanci), językowo (dialekty dolno- i górnoniemieckie) czy historycznie (dawne Prusy kontra reszta kraju). Teraz doszedł czynnik ekonomiczny. W czołówce najszybciej rozwijających się miast połowa to ośrodki ze wschodu, m.in. Stralsund i Frankfurt nad Odrą. Kolejne cztery to miasta w Bawarii. Jedynym przedstawicielem północy w top 10 jest dziewiąte na liście Bremerhaven.
Najszybciej rozwija się południowa część byłej NRD. Gdy Zagłębie Ruhry popada w spiralę zadłużenia, położona w Turyngii Jena planuje całkowitą spłatę swoich długów do 2025 r. – Solidarpakt jest nam niepotrzebny. Wystarczą nam podatki zbierane dzięki licznym średniej wielkości firmom i skupieniu się na nauce i innowacjach po utworzeniu Uniwersytetu Fryderyka Schillera – mówi miejski skarbnik Goetz Blankenburg. Taka opinia to jednak wyjątek – Ossis, obywatele dawnej NRD, myślą raczej o obronie łatwych pieniędzy. – Średni poziom bezrobocia jest u nas niemal dwukrotnie wyższy niż na zachodzie kraju, a potencjał podatkowy wynosi 55 proc. poziomu starych landów – zauważył premier Meklemburgii-Pomorza Przedniego Reiner Haseloff w rozmowie z niemieckim radiem publicznym.