Adam Bartosiewicz: Jeśli np. spektakl albo trening można obejrzeć tylko dzięki streamingowi (i to być może tylko w wyznaczonych godzinach), to taka usługa w zasadzie niewiele się różni od typowego przedstawienia czy fitnessu.
Reklama
Media
Ministerstwo Finansów jest zdania, że nie można obniżyć stawki VAT od biletów na spektakle teatralne online, bo jest to usługa elektroniczna. Tak wyjaśnił wiceminister finansów w odpowiedzi z 28 maja br. na poselską interpelację nr 5359. Czy pan się z tym zgadza?
Rzeczywiście, jeśli uznamy, że spektakle online to usługa świadczona drogą elektroniczną, to zasadniczo nie mogłaby ona korzystać z obniżonej stawki VAT. Pytanie, czy tego rodzaju świadczenia mieszczą się w definicji „usług świadczonych drogą elektroniczną”. Zostały one zdefiniowane w sposób bardzo ogólny: są to usługi świadczone za pomocą internetu lub sieci elektronicznej, których świadczenie – ze względu na ich charakter – jest zasadniczo zautomatyzowane i wymaga minimalnego udziału człowieka, a ich wykonanie bez wykorzystania technologii informacyjnej jest niemożliwe. Jeśli więc mówimy o streamingu przedstawienia teatralnego, które jest dostępne wyłącznie online, a usługobiorca nie płaci za transmisję, tylko za możliwość obejrzenia aktorów występujących na scenie jedynie dla internautów, to trudno uznać, że ta usługa wymaga minimalnego udziału człowieka i jest zautomatyzowana. Oczywiście nie mówimy tutaj o odtworzeniu nagrania wykonanego przy okazji spektaklu zagranego dla publiczności tradycyjnej. W unijnym rozporządzeniu 282/2011 z 15 marca 2011 r. wyszczególnia się określone usługi jako świadczone drogą elektroniczną i biorąc pod uwagę podaną tam definicję oraz przykłady, można rozważać wykładnię, zgodnie z którą spektakli oglądanych wyłącznie online (bez tradycyjnej publiczności) nie obejmowałaby definicja usług elektronicznych.

Reklama
W czasie pandemii koronawirusa przekonaliśmy się jednak, że coraz więcej tradycyjnych usług może być świadczonych w internecie. Być może więc czas na zmianę bądź zawieszenie unijnych reguł dotyczących opodatkowania usług elektronicznych?
Pewnie należałoby o tym pomyśleć, ale przynajmniej w jakiejś części wymagałoby to zmiany art. 98 unijnej dyrektywy VAT. Dyrektywa bowiem zastrzega, że usługi świadczone drogą elektroniczną (za wyjątkiem e-booków) nie mogą być objęte stawką obniżoną. Takie zmiany wymagają jednomyślności państw unijnych, o którą wcale nie musi być łatwo.
Holandia nie chce czekać i planuje czasowo obniżyć stawkę VAT na ćwiczenia fitness online. Obniżka miałaby obowiązywać w okresie obowiązywania restrykcji antywirusowych. Jak to możliwe, że jej miałoby się udać, a my nie możemy, ze względu na unijną dyrektywę?
Trudno jest odpowiedzieć na takie pytanie. Mogę jedynie wyrazić pewne przypuszczenia. Holandia działa odważnie, bo zdaje sobie sprawę, że pandemia jest do tego najlepszym momentem. Nie wydaje się też, aby priorytetem Komisji Europejskiej było zaskarżanie takich przepisów do Trybunału Sprawiedliwości UE. Można się także zastanawiać – podobnie jak w przypadku spektakli online – czy ćwiczenia fitness online, dostępne tylko strumieniowo, na pewno są usługami elektronicznymi, zwłaszcza jeśli instruktor może np. zwrotnie podpatrywać uczestników i korygować ich ruchy. Nie chodzi tutaj bowiem o samo udostępnienie nagrania, lecz o aktywny udział człowieka (instruktora). To wykluczałoby takie usługi z definicji usług elektronicznych.
Czyli polski rząd mógłby być bardziej odważny, ale go na to nie stać?
Wydaje się, że tak też można to tłumaczyć. Dzięki wyższej stawce VAT wpłynie do budżetu więcej pieniędzy, bo mowa przecież o usługach świadczonych na rzecz konsumentów, którzy nie odliczają VAT. Brak ewentualnej obniżki podatku zawsze można zrzucić na reguły unijne. Łatwiej jest wtedy wytłumaczyć, że bardzo byśmy chcieli, ale nie możemy.
Komisja Europejska była mocno zdeterminowana w tym, by umożliwić stosowanie niższych stawek VAT od e-booków i e-gazet. Przeforsowanie tej zmiany faktycznie było problemem, bo wetowało ją jedno z państw członkowskich. Bruksela dopięła jednak swego. Dlaczego poprzestano na elektronicznych książkach i gazetach, skoro, jak widać, problem jest dużo szerszy?
Dlatego, że ta zmiana nastąpiła przed pandemią koronawirusa, a e-booki i e-gazety stawały się coraz bardziej popularne. Trzeba było zaktualizować przepisy. Wtedy zapewne nikt nie spodziewał się, że pojawi się pandemia, a wraz z nią wiele innych usług będzie musiało nagle przenieść się do sieci.
Zmiany wydają się nieuniknione. W jakim kierunku powinny pójść?
Należałoby się pewnie zastanowić, na ile świadczenie tradycyjnych usług drogą internetową zmienia ich funkcjonalność i możliwość ich wykorzystania. Jeśli nie ma znaczącej różnicy między usługą online a świadczoną tradycyjnie, to takie usługi powinny być opodatkowane w analogiczny sposób. Jeśli np. spektakl teatralny albo trening można obejrzeć tylko dzięki streamingowi (i to być może tylko w wyznaczonych godzinach), to taka usługa w zasadzie niewiele się różni od tradycyjnego przedstawienia czy fitnessu. Owszem, istotne jest to, że np. w teatrze czy sali fitness mamy udostępnione miejsce, w którym usługa jest wykonywana, ale mimo wszystko nie wydaje się to decydującym elementem jej świadczenia. Chodzi bardziej o wskazówki trenera, o grę aktorów itp. To uzasadniałoby podobne traktowanie podobnych usług. Warto zwrócić uwagę np. na aktualne opodatkowanie telemedycyny. Fiskus nie neguje, że powinna ona być objęta zwolnieniem z VAT, podobnie jak tradycyjne usługi medyczne. Istotna jest bowiem profilaktyczna i prozdrowotna rola wskazówek świadczonych przez lekarza drogą online. Notabene jestem umiarkowanym optymistą, bo czeka nas rozprawa w Naczelnym Sądzie Administracyjnym o to, czy korepetycje z matematyki świadczone drogą elektroniczną mogą być objęte zwolnieniem podatkowym. Wygraliśmy sprawę w pierwszej instancji z przyczyn proceduralnych, ale uzasadnienie WSA było takie, że trudno będzie fiskusowi wydać negatywną interpretację.