Znacie dowcip o bacy, co to piłował gałąź, na której siedział? Dokładnie to robi rząd, rozważając nowy podatek od sklepów wielkopowierzchniowych.

Skoro pomysł, by naliczać go od uzyskiwanych obrotów nie przeszedł, bo nie uśmiechało się to Komisji Europejskiej, trzeba było wymyślić co innego. Obiecana 13. i 14. emerytura nie sfinansuje się sama. Oto Jadwiga Emilewicz, minister przedsiębiorczości i technologii, wpadła na pomysł, w jej mniemaniu najwyraźniej genialny: wielkim sklepom należy przyłożyć podatkiem od "trudności, które tworzą w tkance miejskiej", np. od "korków, czy większych inwestycji drogowych, które muszą powstać". Ministerstwo przygotowało nawet, jak to ujęła Minister, "algorytm" do wyliczania tego podatku. Skoro algorytm, to nikt z rządu się nie obrazi na stwierdzenie, że za całym tym pomysłem stoi najwyraźniej sztuczna inteligencja.

Bo na pewno nie ta prawdziwa. Dlaczego? Wiadomo, że nowy podatek tego typu tylko zwiększy już dużą presję inflacyjną - to takie fachowe słowo na przyśpieszający wzrost cen, czyli drenowanie naszych portfeli. Ale na to zwracano już uwagę w niejednym felietonie. Rzadziej mówi się o innym kompromitującym aspekcie przedmiotowej propozycji: jej uzasadnieniu.