Wysiadając z samochodu na firmowym parkingu, Jakub usłyszał odgłos dostarczonego SMS-a. Zaintrygowany tym, kto przesyła mu wiadomość w poniedziałek przed ósmą rano, musiał sięgnąć do teczki. Jakub, człowiek ewidentnie o osobowości sowy, cierpiał katusze, gdy musiał – tak jak tego dnia – pojawić się w poniedziałek w swoim biurze przed dziewiątą. Tym razem przyjechał na ósmą, przebijając się przez poniedziałkowe poranne warszawskie korki na spotkanie z jednym ze swoich najstarszych klientów, który – jak to nie raz i nie dwa żartował Jakub – nie miał czasu na sen, bo bez przerwy myślał, gdzie tu jeszcze postawić nowe osiedle, wkurzając przy tym maksymalnie lokalną społeczność. Ze Sławkiem Skąpskim – bo tak nazywa się ów przedstawiciel mazowieckiej deweloperki – Jakub znał się od lat, byli dobrymi kolegami, zanim jeszcze Jakub zaczął mu doradzać w sprawach podatkowych. Jak to panowie czasami żartowali, męska przyjaźń jest lepsza niż małżeństwo, bo jak małżonkowie razem pracują, to często kończy się to rozwodem, a w ich przypadku nie występowały nawet ciche dni, chociaż nieraz ostro się ścięli w dyskusjach o podatkach. Jakub wygrzebał w końcu telefon z teczki, by przeczytać informację od asystentki Doroty, że goście umówieni na godzinę ósmą piętnaście już czekają. „Można się było tego spodziewać, że nie będę mógł dospać w biurze” – pomyślał.

Po kilku minutach Jakub wszedł do kancelarii i zastał sytuację, jakiej się spodziewał. Sławek, popijając kawę, rozmawiał z Dorotą, a jego asystent prawny siedział z nosem w smartfonie i coś tam oglądał.