Dokonując rozliczeń podatkowych, zmagamy się z kilkunastoma rodzajami podatków lub obciążeń okołopodatkowych. Te najistotniejsze to VAT, PIT, CIT i ZUS. Ale oprócz nich jest akcyza, podatek od czynności cywilnoprawnych, opłata skarbowa, podatki lokalne, podatek od spadków i darowizn, abonament telewizyjny i parę innych. Natężenie, z jakim dany podatek bezpośrednio obciąża danego podatnika, zależy od tego kim jest podatnik i w jakiej znajduje się sytuacji, ale biorąc pod uwagę wszędobylstwo fiskusa, każdy miał do czynienia bezpośrednio z kilkoma lub kilkunastoma podatkami. Czasami uciążliwość (w sensie problemów związanych z jego rozliczeniem) danego obciążenia ma się nijak do jego wielkości. Przykładowo rozliczenie PCC od pełnomocnictwa może kosztować tyle samo zachodu, co opłacenie ZUS-u od umowy-zlecenia.

Tę nierównowagę ilustruje globalne zestawienie wpływów Skarbu Państwa z podatków. Zgodnie z informacjami Ministerstwa Finansów wpływy podatkowe za 2010 r. wyniosły ok. 257 mln zł, z czego wpływy z PIT i CIT stanowiły ok. 100 mln zł, a resztę stanowiły głównie wpływy z VAT, akcyzy oraz ceł. Wpływy z innych podatków były marginalne. Szacunki na ten rok są zbliżone, z tym że udział podatków pośrednich rośnie. Rodzi się zatem pytanie, jaki ma sens zabieganie o rozliczanie innych obciążeń niż te, które mają realny wpływ na dochody budżetu. Czy nie byłoby prościej skupić się na tych kurach, które znoszą złote jajka, uszczelnić i dopracować ten system i nie tracić i energii i czasu na ściąganie mikroskopijnych kwot. W dalszej perspektywie należałoby też dokonać rzetelnej analizy, czy w ogóle całego ciężaru fiskalnego nie można przerzucić na podatki pośrednie. Prostsze i dotyczące węższej grupy podatników. Niestety nośność medialna tematów zastępczych jest zbyt silna, więc na większą ulgę w codziennej podatkowej szarpaninie raczej nie ma co liczyć.