Ale nie dla celników. Dla nich to pojazdy służące do przewozu osób. Czemu zaprzeczyć się nie da. I choć ten argument wydaje się logiczny, to cała sprawa jest co najmniej absurdalna. Zamiast dbać o to, by zadłużona po uszy służba zdrowia funkcjonowała w miarę tanio, państwo znów w sposób bezmyślny strzyże swoją ofiarę przy samej skórze, nie zastanawiając się nad konsekwencjami.

Jeśli do ceny karetki doliczyć akcyzę, która dla większości ambulansów wynosi 18,6 proc., to państwo zyskuje podwójnie, bo akcyza zwiększa podstawę naliczania VAT. Trzeba zatem zapłacić dodatkowy podatek od podatku. Do kasy państwa wędruje zatem nie 18,6 tys. zł od każdych wydanych na karetki 100 tys. zł, ale 45,9 tys. zł. Bez akcyzy byłoby to 22,9 tys. zł mniej. Co więcej, wykonując czynności zwolnione z VAT, użytkownik takiej karetki zapłaconego podatku nie może odliczyć. Jego sytuacja jest zatem gorsza nawet niż zwykłych przedsiębiorców. Tych okradziono z prawa odliczania VAT tylko od aut osobowych. Przy pojazdach specjalistycznych podatek już odliczać mogą. Szpital niestety nie.

Wniosek – państwo ściąga niezły haracz od każdej karetki. Myliłby się jednak ten, kto pomyślałby, że trudno. W końcu państwo daje, to i państwo zabiera. Czasy, gdy zakupów dokonywano za państwowe (czyli nasze pieniądze), dawno się już skończyły. Teraz na takie zakupy – poza środkami unijnymi – idą głównie pieniądze samorządów (też zabrane wcześniej z naszych kieszeni w tej czy innej formie). Fiskus znów zatem znalazł sposób na to, by sięgnąć do cudzych kieszeni w mało zauważalny dla przeciętnego zjadacza chleba sposób. Nie zmienia to jednak tego, że w opróżnianiu tych kieszeni pod byle pretekstem dochodzi już do mistrzostwa, które może stać się niedoścignionym wzorem dla innych administracji skarbowych. Przynajmniej w tych mniej cywilizowanych krajach.