Pod koniec ubiegłego tygodnia w wykazie prac legislacyjnych rządu znalazła się nowelizacja ustawy o CIT. Chodzi o obniżenie stawki dla przedsiębiorców, u których roczny obrót nie przekracza 1,2 mln euro, czyli równowartości ok. 5 mln 92 tys. zł. Zobowiązanie w tym zakresie złożyła w ub.r. premier Beaty Szydło w exposé.

Wiceminister finansów Konrad Raczkowski potwierdził w styczniowej odpowiedzi na interpelację nr 188, że zmiany w tym zakresie mają wejść w życie 1 stycznia 2017 r.

Zdaniem ekspertów na obniżce daniny skorzystają mali podatnicy, ale budżet państwa raczej nie zarobi.

Premia dla płacących

Obecnie roczne wpływy do budżetu państwa z CIT wynoszą ok. 30 mld zł. Większość tej kwoty wpłacają małe i średnie przedsiębiorstwa z polskim kapitałem – zwraca uwagę dr hab. Dominik Gajewski, dyrektor Centrum Analiz i Studiów Podatkowych SGH. Podkreśla, że nie mają one możliwości optymalizowania opodatkowania, bo odbywa się ono głównie na poziomie powiązań międzynarodowych. Dlatego, jego zdaniem, obniżka byłaby nie tylko wsparciem polskiej małej przedsiębiorczości, ale i pewnego rodzaju „premią” za rzetelne płacenie CIT.

Sama obniżka podatku może się jednak okazać ryzykowna – uważa ekspert – jeśli nie pójdzie za nią całościowa reforma CIT zmierzająca do uszczelnienia systemu, który dziś pozwala międzynarodowym holdingom wyprowadzać z kraju miliardy euro podatku. – Priorytetowym zadaniem dla MF powinny być zatem systemowe i wielopłaszczyznowe zmiany skierowane na przeciwdziałanie międzynarodowemu unikaniu opodatkowania CIT – uważa Gajewski.

Ostrożnie pomysł ten ocenia także Radosław Piekarz, doradca podatkowy i partner w A&RT Rynkowska, Kosieradzki, Piekarz. Zwraca uwagę na to, że mali przedsiębiorcy w większości płacą PIT, a nie CIT, bo prowadzą albo jednoosobową działalność gospodarczą, albo działają w formie spółki osobowej.

1 proc. od przychodu

Coraz częściej pojawiają się w Polsce głosy, że CIT jest na tyle nieskuteczny, że należałoby go w ogóle zlikwidować. Związek Przedsiębiorców i Pracodawców proponuje zastąpić go podatkiem przychodowym. Firmy miałyby płacić tylko 1 proc. daniny, ale od przychodu, czyli bez możliwości odliczania kosztów. Związek szacuje, że dzięki temu budżet państwa miałby 60 mld zł wpływów rocznie, czyli prawie dwa razy więcej niż obecnie z CIT. Zmalałoby natomiast obciążenie aparatu skarbowego kontrolami w zakresie prawidłowości rozliczeń CIT. Dzięki temu pracownicy skarbówki mogliby zostać wykorzystani do bardziej efektywnej walki z inną plagą – wyłudzeniami VAT.

Rozliczenie za 2014 rok

Rozliczenie za 2014 rok

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Zdaniem Marka Isańskiego, dyrektora Biura Interwencji ZPP, podatek przychodowy uderzyłby przede wszystkim w koncerny, które od lat nie płacą podatku dochodowego w Polsce. – Są takie, które od 20 lat wykazują podatkowe straty. To patologia, która może zostać w znacznej części zlikwidowana właśnie za pomocą podatku – przekonuje ekspert ZPP.

Dodaje, że podatek od przychodu byłyby też dużo prostszy i przez to dawałby przedsiębiorcom większą stabilność opodatkowania. – Dziś wiele przepisów jest nieprecyzyjnych i niemal każdy może być interpretowany na różne sposoby. Fiskus zasadniczo interpretuje je na swoją korzyść – zwraca uwagę Isański.

Dodaje, że mniejsza ilość sporów podatkowych przyczyniłaby się do znacznego skrócenia oczekiwania na rozpoznanie spraw przez sądy administracyjne.

– Oczywiście można dyskutować o stawce podatku, ale kontynuacja obecnego stanu to katastrofa. A lepszych pomysłów na razie nie widać – podsumowuje Marek Isański.

Złudne rozwiązanie

Bardzo krytyczny wobec propozycji ZPP jest Radosław Piekarz. – Koronnym argumentem zwolenników podatku przychodowego jest ten, że nie da się go uniknąć. To oczywista nieprawda, bo przychodem da się manipulować tak samo jak kosztami, np. wyprowadzając spółki generujące przychody do korzystniejszych jurysdykcji podatkowych – zauważa ekspert.

Dlatego – w jego przekonaniu – prosta kalkulacja zakładająca przemnożenie stawki podatku (1 proc.) i deklarowanych przychodów przedsiębiorstw jest złudna. – Wynik na pewno nie będzie odzwierciedlał przyszłych wpływów budżetowych z tego podatku – przewiduje ekspert.

Zwraca uwagę także na inne wady proponowanego rozwiązania. Byłaby to danina kaskadowa, a więc im dłuższy łańcuch transakcji, tym większe obciążenie fiskalne, i to mimo relatywnie niskiej stawki podatku. – W praktyce byłby to duży problem dla firm produkujących w Polsce. Skutkiem mogłyby być próby „skracania” tego łańcucha poprzez szukanie kontrahentów za granicą. Chyba nie o taki efekt chodzi – mówi Radosław Piekarz.

Nierówne reguły

W jego przekonaniu tak skonstruowany podatek zaburzałby konkurencję i wprowadzał nierówne reguły gry rynkowej. – Nowa danina faworyzowałaby przedsiębiorstwa o dużej rentowności. Jej podstawą byłby bowiem przychód, niezależnie od poziomu rentowności danej firmy. W konsekwencji dojrzali gracze, ze zoptymalizowaną strukturą kosztów, osiągający wysoki poziom rentowności odczuliby podatek w mniejszym stopniu niż firmy dopiero startujące – wyjaśnia Radosław Piekarz. Dodaje, że z tego właśnie powodu również firmy, które transferują produkcję za granicę, byłyby obciążone w mniejszym stopniu podatkiem niż te, które tego nie robią (bo np. nie mają takiej możliwości, nie należą do międzynarodowych grup).

Zdaniem eksperta podatek obrotowy mógłby też zniechęcić do inwestycji. – Istotną cechą CIT jest to, że firma nie płaci go w trakcie procesu inwestycyjnego. Inwestycja to dla firmy czysty koszt, rozliczany w czasie poprzez odpisy amortyzacyjne. Gdyby natomiast wprowadzić podatek obrotowy, to firma musiałaby go płacić niezależnie od tego, czy ponosi duże koszty, czy wręcz stratę na działalności – zwraca uwagę ekspert. Finalnie więc – w jego przekonaniu – podatek obrotowy byłby przerzucany w cenie towaru na konsumenta. – Wprowadzenie zatem powszechnego podatku obrotowego, pobieranego na każdym etapie obrotu, to gwarantowany wzrost cen – podsumowuje Radosław Piekarz.