Projekt, mimo że w urzędach znany, bo oznaczający powrót do propozycji sprzed 10 lat, wzbudził falę krytyki. To dość oczywiste, bo zasadniczo, a już zwłaszcza w pracy, wszelkie zmiany wywołują niechęć i obawy. Bezpieczniej jest tak, jak jest.

Tym razem jednak – co ciekawe – krytykującym wcale nie chodzi o to, żeby było jak dotychczas. Ale nie chcą też się zgodzić na likwidację od ręki urzędów kontroli skarbowej i połączenie wszystkich sił urzędniczych w ramach jednej administracji skarbowej. Z założenia ma to wzmocnić aparat w walce z optymalizacjami i wyłudzeniami podatkowymi. Czy jednak faktycznie wystarczy połączyć urzędy i poprzenosić urzędników?

Być może Ministerstwo Finansów nie ujawniło do końca swoich zamierzeń, w końcu projekt jest bardzo wstępny, a jego niedopracowanie rzuca się w oczy. Celowo, opisując go w minionym tygodniu w DGP (nr 7 i 8/2015), szczędziliśmy uwag na ten temat, zdając sobie sprawę z tego, że na tym etapie prac ważniejsza jest koncepcja, a nie detale – od nich są legislatorzy.

Problem polega na tym, że koncepcji nie widać. Samo połączenie urzędów nie sprawi, że budżetowi przybędzie dochodów. Podzielam obawy, że może być gorzej, jeśli faktycznie status obecnych inspektorów UKS miałby się zrównać z pozycją innych urzędników, np. celników. To całkiem inne zadania, wiedza, umiejętności.

Nie przywiązywałbym się zbytnio do opinii doradców, że wreszcie kontrole: podatkowa i skarbowa zostaną połączone w jedną. W końcu zadaniem doradców jest bronić interesów podatnika. Obiektywnie zaś patrząc, takie oczekiwania miały sens kilkanaście lat temu, gdy w praktyce zadania oba organów się pokrywały. Od tego czasu wiele się zmieniło, od inspektorów UKS wymaga się dużo większej wiedzy (egzamin) i wyznacza im znacznie trudniejsze zadania niż szeregowym pracownikom urzędu skarbowego.

Owszem, ustawa o kontroli skarbowej ma już 25 lat i zapewne wymaga zmian. Czy koniecznie jednak trzeba ucinać nogę, gdy boli? Potrzebne jest wręcz coś odwrotnego – dalsza specjalizacja urzędników, aby mogli faktycznie zająć się optymalizacjami w CIT (eksperci oceniają ich na kilkaset w skali międzynarodowej) oraz wyłudzeniami w VAT. Co więcej, nie wystarczy przeszkolić wszystkich ze wszystkiego. Nie pomoże nawet stworzenie grupy specjalistów, jeśli ich stopień wtajemniczenia miałby być jednakowy, bo wtedy ten, kto odchodzi ze służby, wynosi całą wiedzę.

Nie jest to pogląd oryginalny i odosobniony. Niestety, Ministerstwo Finansów, choć doskonale o tym wie, niewiele w tym zakresie robi. Poprzednie władze przy ul. Świętokrzyskiej konsekwentnie zmieniały aparat celny w korporację. „Wszelakie analizy, mierniki, ciągłe projektowanie ryzyk strategicznych, ryzyk korupcyjnych, ryzyk korporacyjnych, celów i mierników”. „W  komórce orzeczniczej nie można skupić się na pracy merytorycznej, tylko ciągle trzeba coś liczyć, składać raporty, mierzyć cele, wyznaczać apetyt na ryzyko i tym podobne bzdury” – narzekają pracownicy Służby Celnej na Gazetaprawna.pl .

Obecna ekipa z kolei wygrzebuje projekt sprzed 10 lat i uważa, że nic się od tamtego czasu nie zmieniło. Otóż się zmieniło, i to bardzo wiele. Niższa luka w VAT w tamtym okresie to nie zasługa ówczesnych rządzących, lecz mniejszej skali oszustw i optymalizacji. Brnięcie w centralizację i raportowanie niewiele pomoże. Czas na pracę.