Gdy przygotowuję tekst o ustawie o grach hazardowych, przedsiębiorcy przekonują mnie, że Polska złamała wiele przepisów, w tym nie notyfikowała ustawy do Komisji Europejskiej. Ergo: odszkodowania się należą. Urzędnicy MF oraz celnicy w tym samym czasie zapewniają, że nie ma mowy o żadnych rekompensatach.

A ja się przyznaję: nie mam pojęcia, kto ma rację. Sądom do niewiedzy przyznać się nie wypada, stąd co i rusz mamy okazję zapoznać się z nowymi wyrokami. A wtedy obie strony sporu wykrzykują: „A nie mówiłem? Sędziowie przyznali nam rację!”. Co moim zdaniem z orzecznictwa wynika? Po pierwsze: Polska nie notyfikowała przepisów, więc nie powinna karać (ani administracyjnie, ani karnie). Po drugie jednak nie ma powodu do wypłaty odszkodowań.

Każda wątpliwość związana z ustawą o grach hazardowych wywołuje lawinę spekulacji. I temu wcale nie są winne obecne władze Ministerstwa Finansów ani tym bardziej przedsiębiorcy. Błąd popełniono w 2009 roku, nie notyfikując ustawy. Gdyby procedura została zachowana – tylu spraw w sądach by nie było.

Niektórzy mówią, że ówczesny błąd może kosztować państwo nawet 6 mld zł (na tyle mniej więcej wycenia się wartość nałożonych kar administracyjnych oraz roszczeń odszkodowawczych). Ale nie trzeba wcale korzystnych dla biznesu orzeczeń, żebyśmy płacili za pomyłkę. Praca sądów, które zajmują się sporami, czy analizy biegłych kosztują. Kosztuje praca urzędników resortu finansów oraz funkcjonariuszy izby celnej, którzy cały swój czas poświęcają temu, by do wypłacenia odszkodowań nie doszło. Za brak notyfikacji zapłaciliśmy już więc niemało. Tyle że tych rachunków nie płacą oczywiście ci, którzy je pozaciągali.