Przedsiębiorcy często zabezpieczają się na wypadek zmian kursów walut i będących ich efektem różnic kursowych. Wykorzystują w tym celu różne instrumenty finansowe (np. pochodne). Oczywiście mówimy tu o ochronie efektów działań gospodarczych, a nie o operacjach spekulacyjnych.

Ważne jest to, że efekty transakcji zabezpieczających nie muszą obciążać wyniku finansowego. Mogą być uwzględnione w kapitałach własnych aż do momentu ostatecznego rozliczenia pozycji. W tym celu wiele jednostek wykorzystuje rachunkowość zabezpieczeń. Przemyślane jej stosowanie pozwala odzwierciedlić w sprawozdaniu finansowym treść ekonomiczną transakcji zabezpieczających.

Rachunkowość zabezpieczeń nie jest obowiązkowa, wiąże się jednak z koniecznością prowadzenia formalnej dokumentacji. Gdy nie jest ona sporządzona w odpowiedni sposób, istnieje ryzyko, że np. w przypadku zabezpieczenia przepływów pieniężnych konieczne będzie odniesienie pełnej wyceny pozycji do rachunku zysków i strat jako kosztów/przychodów finansowych. Na skutek tego transakcje zabezpieczające mogą nie być efektywne z punktu widzenia sprawozdania finansowego. Mogą też prowadzić do przekłamania wartości wyniku finansowego.

Wykorzystanie rachunkowości zabezpieczeń jest na naszym rynku nadal zbyt małe. Wynika to głównie z tego, że instrumenty zabezpieczające są często bardzo skomplikowane. Brak zrozumienia, jak działają, i niechęć do korzystania z usług doradców prowadzą często do błędnych decyzji przy ich zakupie. Ponadto doświadczenia lat 2008–2009 (opisywana przez media sprawa opcji walutowych – red.) pokazują, że często instrumenty, które mogą mieć charakter zabezpieczający, kojarzone są ze stratami i upadłościami przedsiębiorstw.