Dla miast wpływy z PIT są istotnym źródłem dochodu – np. w Warszawie co roku wynoszą 3 mld zł, 1/3 budżetu. Ale samorządy niechętnie przyznają, ile tracą rocznie przez to, że nie wszyscy ich mieszkańcy płacą podatki tam, gdzie mieszkają i pracują, a w miejscu zameldowania. Jedynie Kraków wyszacował, że jeśli kampania promująca płacenie podatków w mieście przyniosłaby skutek, dochody samorządu wzrosłyby o 30 – 40 mln zł rocznie.

Samorządy robią więc, co mogą, aby przekonać mieszkańców, by płacili właśnie u nich. Agitacja trwa, nawet wobec własnych urzędników. – Prezydent zwrócił się do pracowników urzędu, którzy mieszkają poza Poznaniem, by rozważyli możliwość zapłaty podatku w mieście – mówi Anna Szpytko, rzecznik prezydenta Ryszarda Grobelnego.

W Warszawie podczas ostatniej elektronicznej rejestracji do żłobków preferencje miały dzieci, których rodzice płacą w mieście podatki. Dzielnica Bemowo obiecuje darmowe bilety na koncert Red Hot Chilli Peppers i Sonisphere Festival. Łódź rozpatrywała m.in. zniżki na wstęp do miejskich obiektów sportowych i na imprezy organizowane przez miasto, programy zdrowotne, zniżki w opłatach za parkowanie czy bilety miesięczne komunikacji miejskiej...

Okazuje się jednak, że z tymi bonusami jest poważny problem. – Preferencje wyłącznie dla grupy osób uznaliśmy za niezgodne z konstytucyjną zasadą równości wobec prawa. I takie działania mogą powodować znaczny uszczerbek dla budżetu miasta – tłumaczy Halszka Karolewska z urzędu miasta w Łodzi.

Zdaniem naszych rozmówców problemu nie rozwiążą pojedyncze działania samorządów, jeśli nie nastąpią zmiany systemowe, np. w zakresie podziału wpływów z podatku PIT. Z tego powodu część miast – m.in. Katowice i Lublin – zrezygnowała z informowania mieszkańców o możliwości rozliczania się z lokalnym urzędem skarbowym.