Znaczenie ulgi na oszczędzanie w IKZE (indywidualne konta zaopatrzenia emerytalnego) będzie dla naszych portfeli żadne. Nie trzeba być wybitnym ekonomistą, by dostrzec prosty fakt, że skoro muszę wydać 100 zł, żeby odzyskać 18 zł, to zysk na tym jest żaden. Ewentualnie na emeryturze. Zanim ten zysk będzie, czeka nas dużo wydatków i sporo wyrzeczeń. Bo tych 82 zł różnicy przecież nie da się teraz wydać. No i trzeba jeszcze wierzyć, że zanim dożyjemy emerytury, kolejny rząd nie położy ręki i na tych oszczędnościach.

Niestety, jedną z naszych narodowych przywar jest to, że na hasło: ulga podatkowa dostajemy małpiego rozumu. Wszystko inne przestaje się liczyć. A tu o liczenie chodzi. I to o liczenie – jak usiłuje przekonać nas rząd – nie tego, ile brakuje w państwowej kasie, ale tego, co dzieje się w naszych prywatnych portfelach.

Z rządem, jakikolwiek on by nie był, umowa jest prosta. Płacimy mu określoną część tego, co wypracujemy, utrzymując przy okazji solidną armię urzędników pilnujących nas, byśmy z tej właśnie części umowy solidnie się wywiązywali. Ze swej strony mamy usprawiedliwione prawo wymagać, by rząd tak pieniądze te wydawał, by na wszystkie zaplanowane wydatki mu starczyło. Jeśli nie starcza, powinien zrobić dokładnie to samo, co czeka każdego z nas, gdy w portfelu zaczyna brakować gotówki, a banki zaczynają odmawiać nam kolejnych kredytów i pożyczek. Ograniczyć wydatki. Trzeba zacisnąć pasa i zapłacić polityczną cenę finansowego rozpasania.

Naiwnością byłoby sądzić, że na taką odwagę ktokolwiek się zdobędzie. Tak jak naiwne jest przekonanie, że zgodnie z regułami demokratycznymi to my, naród jako najwyższy suweren, mamy jakikolwiek wpływ na to, jakie podatki płacimy i jak pochodzące z nich pieniądze są wydawane. Doświadczenie pokazuje, że dokonując świadomego wyboru tej frakcji politycznej, która głosi hasła racjonalizacji wydatków państwowych i obniżania podatków, możemy w ostatecznym rozrachunku doczekać się czegoś całkiem przeciwnego.