Czy oprócz kwoty wolnej od opodatkowania były jeszcze ulgi?

Ulgi też nam się nie bardzo udały. Jedna z pań profesorów od podatków uczestnicząca w budowaniu polskiego systemu podatkowego na początku lat 90. opowiadała mi, że w czasie ówczesnych dyskusji odwoływano się chętnie do przyjętych w teorii, podręcznikowych zasad podatkowych. Chociażby do zawsze aktualnej reguły głoszącej, że dobry system podatkowy to system prosty i przejrzysty. Czyli także niezawierający ulg.

Chętnie powoływano się na przykład Francji.

Dlaczego?

Francja uchodzi wśród ekspertów za podatkowy antyprzykład. Tam istnieje tak wiele ulg, że mało kto płaci nominalne stawki i w ogóle niewielu cokolwiek z tego systemu rozumie. Takie mnożenie ulg to w pewnym sensie bardzo naturalne zjawisko charakteryzujące kraje demokratyczne, gdzie politycy muszą cały czas wdzięczyć się do wyborców – wizerunek łatwo zepsuć wprowadzeniem nowego podatku, jego podwyższaniem lub zabieraniem przywilejów. Dlatego w miarę upływu lat system się dziurawi. Proszę zobaczyć, jaki popłoch i medialne widowisko wywołał teraz prezydent Francois Hollande, podwyższając podatek dla najbogatszych.

Najbogatsi na czele z Gerardem Depardieu zaczęli z Francji uciekać. Ale wróćmy do Polski.

Z powodu idealistycznego założenia o czystym i przejrzystym systemie u zarania polskiego systemu podatkowego w ogóle nie przewidziano ulgi rodzinnej. Ulgę na dzieci wprowadzono dopiero w styczniu 2007 r. Osoby z dziećmi przez prawie cały okres transformacji płaciły takie same podatki jak bezdzietni. Uważano, że lepiej zamiast ulgi rodzinnej zbudować sprawnie działający system pomocy społecznej. Nie zbudowano go.

Było za to sporo innych przywilejów podatkowych.

Wprowadzono wiele ulg, które stopniowo likwidowano. Najbardziej kontrowersyjna była tzw. duża ulga budowlana, skłaniająca bogatych podatników do budowy mieszkań na wynajem. Wraz z tzw. małą ulgą budowlaną – na remont mieszkań – miały między innymi stymulować wzrost gospodarczy. Rzeczywiście wzrósł popyt na dobra i usługi w szeroko rozumianym budownictwie mieszkaniowym. Dodatkowo mieliśmy efekt szybkiego przyrostu liczby podatników VAT. Tylko usługi wykonywane przez vatowców kwalifikowały nas do skorzystania z budowlanych ulg podatkowych. Rozliczanie tych i wielu innych ulg podatkowych przysparzało mnóstwo kłopotów interpretacyjnych i rozliczeniowych. Do dziś pamiętamy interpretację prawną, która do ulgi uprawniała, gdy wykładzina była trwale przymocowana do podłogi, a gdy nie, to już była traktowana jak zwykły dywan. Albo trudno byłoby orzec, czy ówczesna ulga na kształcenie dzieci w prywatnych szkołach przyczyniła się do powstawania tego rodzaju placówek, jak to wpłynęło na jakość nauczania, czy też nie miała wpływu na obraz polskiej edukacji.

Pozytywny wpływ gospodarczy miały mieć także zmiany, które weszły w życie w 2009 r., polegające na zastąpieniu wcześniejszych trzech stawek PIT (19, 30, 40) dwiema – 18 i 32 proc. – oraz podwyższenie o ponad 10 tys. zł progu podatkowego, który zobowiązuje już do płacenia drugiej stawki.

Zwolennicy obniżania podatków dochodowych skwapliwie posługiwali się taką argumentacją, że niższe podatki dochodowe pobudzą wzrost gospodarczy. W rzeczywistości był to kolejny duży krok w niewłaściwym kierunku. Realnie zmniejszył popyt gospodarstw domowych uboższych oraz średniozamożnych i zwiększył oszczędności osób bardziej majętnych.

Dlaczego?

Niektórzy ekonomiści przekonywali nas, że gdy poprawi się bogatym podatnikom, pieniądze, które teraz płacą, zainwestują, powstaną nowe miejsca pracy i gospodarka zacznie się szybciej kręcić. Tylko że inwestycje wcale nie zależą od wysokości obciążenia dochodów osobistych. Potwierdzają to badania dotyczące nie tylko Polski, ale wszystkich krajów UE.

Co więc taka zmiana przynosi?

Pieniądze, które zostały w kieszeni zamożniejszych podatników, zamiast rozbudzać popyt i wzrost gospodarczy, są najczęściej oszczędzane w różnych formach (lokaty, papiery wartościowe, nieruchomości, kruszce itp.). Czyli mamy skutek odwrotny do zamierzonego. By rozruszać gospodarkę, powinniśmy wydawać pieniądze, a nie je oszczędzać. Zamożny podatnik prawie zawsze odłoży oddane przez fiskusa pieniądze, gdyż ma ukształtowaną strukturę konsumpcji. Na przykład jeżeli ktoś zarabia 100 tys. miesięcznie i dostanie 20 tys. dodatkowo, nie zmieni lub zmieni nieznacznie swoje wydatki na bardziej luksusowe, a niewykorzystane nadwyżki odłoży, by zabezpieczyć swoją przyszłość. Dla zwalniającej gospodarki jest to duża strata w popycie konsumpcyjnym, który gdyby wzrósł, mógłby spowodować utworzenie nowych miejsc pracy. Jeśli zapytalibyśmy przedsiębiorcę, czy zwiększy produkcję, gdy zmniejszają się stawki PIT i progi podatkowe, czy wówczas, gdy będzie miał odbiorcę na swoje wyroby, mamy pewność, jaka byłaby odpowiedź. Bo dopiero gdy rośnie popyt, przedsiębiorcy chcą zatrudniać i więcej wytwarzać. Z tego punktu widzenia dużo lepiej by było, gdyby uwolnione przez fiskusa pieniądze trafiły głównie do rodzin niezamożnych przeznaczających całe dochody na żywność i przedmioty trwałego użytku, tj. do rodzin o niezaspokojonych podstawowych potrzebach konsumpcyjnych.