W przypadku przedsiębiorców wierzycieli nie ma o tym mowy. W przypadku przedsiębiorców dłużników (ociągających się z zapłatą) jest na odwrót: pojawiają się nowe obowiązki. Nie wiadomo przy tym, czy pomogą osiągnąć inny cel – zmniejszenie zatorów płatniczych.

Po drugie, po jej wprowadzeniu każda firma, która nie reguluje rachunków od razu (w sklepie płacimy przy kasie, ale w obrocie między przedsiębiorstwami norma jest inna) i czasem spóźnia się z płatnością (np. nie ze swojej winy), będzie musiała starannie monitorować zobowiązania. I pilnować: kiedy mija i jak długi jest termin na wywiązanie się z nich, a w zależności od tego – kiedy zostały one dopisane do kosztów podatkowych i kiedy przypada data, w której trzeba obniżyć te koszty (a więc zwiększyć podstawę opodatkowania), tj. kiedy mija 30 dni od terminu płatności albo 90 dni od daty ujęcia nieopłaconego rachunku w kosztach.

Proste, prawda? Trzeba tylko wprowadzić nieco więcej danych do systemów księgowych, a same systemy przebudować. Po trzecie, na te zmiany, zapewne kosztowne, jest bardzo, bardzo mało czasu. Do końca roku. Po czwarte, przepisy są nieprecyzyjne; w wielu wypadkach po prostu nie wiadomo, co i jak należy zrobić. Doradcy, urzędy skarbowe i sądy będą mieli pełne ręce roboty.

Po piąte, istnieje poważna i uzasadniona wątpliwość, czy nowe przepisy – niekorzystne dla bardzo dużej grupy przedsiębiorstw – wprowadzane są zgodnie z konstytucją.

Po szóste... dość. To temat na inną rozmowę. Jakość stanowienia prawa w Polsce woła o pomstę do nieba. Miliony podatników, dziesiątki tysięcy urzędników, a potem tysiące sędziów nie zajmują się niczym innym, jak tłumaczeniem, co ustawodawca miał lub mógł mieć na myśli. Tymczasem gdyby rzeczywiście pomyślał, mogłyby się zająć czymś innym.

Nikt rozsądny nie zakwestionuje dobrych intencji, jakie przyświecały autorom ustawy i parlamentarzystom, którzy nad nią pracowali. Ale wiadomo, co dobrymi chęciami jest wybrukowane.