Pomysł – ujmując rzecz w wielkim skrócie – sprowadza się do wprowadzenia ulgi podatkowej w zamian za to, że wykupimy polisę zdrowotną. Wydatki na jej zakup odliczać mielibyśmy od dochodu. W formie ulgi zwracana byłaby zatem tylko część wydatku. Tym większa, im więcej zarabiamy. Najwyższy zwrot dostałby w takim przypadku ten, kto podatek płaci według stawki 32 proc. Ulga miałaby za to być nielimitowana.

Ale zapowiadana ulga ma sporo mankamentów. Skoro odliczana jest nie od podatku, ale od dochodu, i to bez limitów, to preferuje osoby bogate. W takim przypadku osoba, którą stać będzie na wykupienie polisy ze składką roczną 5 tys. zł, miałaby prawo odpisać od dochodu 5 tys. zł, zaś ta, której wystarczy na polisę za 500 zł rocznie, odpisałaby tylko te 500 zł. Odpisałaby, pod warunkiem że miałaby od czego. Jeśli zastanowić się, kto z takiej ulgi mógłby skorzystać w kraju, w którym dochody ponad 99 proc. obywateli nie przekraczają 86 tys. zł rocznie (czyli około 19,5 tys. euro), to może okazać się, że chętnych na dodatkowe ubezpieczenie wcale nie będzie aż tak wielu.

Po pierwsze, sporo osób o najniższych dochodach i tak nie płaci już podatku. Umożliwia im to ulga prorodzinna. Odliczenie 1112,04 zł na każde dziecko, i to bezpośrednio od podatku, skutecznie ten podatek obniża.

Po drugie, skoro ulga zwraca tylko część nakładów na polisę, to znaczy, że pozostałą trzeba sfinansować z własnej kieszeni. W przypadku osób z pierwszego przedziału skali, sfinansować w ponad 80 proc. Na każde wydane 100 zł ulga zwróci co najwyżej 18 zł. A wszystko to w sytuacji, w której na zdrowie i tak wpłacamy już 9 proc. swoich dochodów. Wpłacamy w formie składki zdrowotnej. Możemy ją co prawda odliczyć, ale niestety niecałą. Do opieki zdrowotnej sporo już zatem z własnej kieszeni dokładamy. Teraz resort zdrowia chciałby, żebyśmy do tego stosika dosypali jeszcze odrobinę. Pytanie tylko w imię czego? Nie ma się co czarować. Ci, których na takie ubezpieczenie stać, już dziś mają je wykupione. Z tego też powodu ewentualna ulga, poza efektem w postaci obniżenia płaconego podatku (tym, których na polisy stać), żadnych dodatkowych, wymiernych dla systemu ochrony zdrowia efektów raczej nie przyniesie.